Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gra. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 września 2012

IX "Gra" - rozdział 0 "Prolog"

                Konferencja prasowa właśnie została zakończona. Wszystkie oczy kierowały się na mężczyznę, który właśnie opuszczał podest z uśmiechem na twarzy. Jak zawsze – zrobił dobre wrażenie. Odczuwał zadowolenie ze swego publicznego występu.  W końcu nie każdy może się pochwalić tyloma sukcesami co on, a dzisiejsza konferencja zapowiadała kolejne.
                - Gratulacje – rzekł starszy od niego o kilka lat mężczyzna w czarnym, jak jego,garniturze.
                - Idziemy – mruknął tylko, ominąwszy go, kierując się do swej limuzyny.
                Gratulujący mu osobnik nie kontynuował dyskusji. Bez słowa ruszył za swym szefem, po czym razem z nim wsiadł do auta, które ruszyło niemal natychmiast. Odetchnął niezauważalnie. Podczas całego przemówienia nie stało się nic podejrzanego. Nie spostrzegł też nikogo, kto mógłby zagrażać życiu jego przełożonego. Na szczęście.
                Spojrzał przez przyciemnianą od zewnątrz szybę. Jechali ulicami tego wielkiego miasta. Spokojnie. Nigdzie się już dzisiaj nie spieszyli. Jego szef załatwił każdą sprawę, więc teraz mogli wrócić do domu by odpocząć od męczących wywiadów, kontraktów czy innych „ważnych spraw”. Jego szef już dawno nie zrobił wszystkiego w tak krótkim czasie. Dochodziła dopiero trzecia po południu, a oni już spokojnie wracali do rezydencji. Doprawdy, miła perspektywa.
                Samochód wolno toczył się ulicami miasta. Jego właściciel nie zwracał jednak na otoczenie najmniejszej uwagi, zbyt zajęty pisaniem czegoś na laptopie. Czarne oczy wpatrywały się namiętnie w ekran monitora, odczytując raz za razem, co właśnie napisał ich właściciel. Klawisze stukały raz po raz, a brunet kontynuował swą czynność.
                Siedzący naprzeciw niego, na skórzanej tapicerce towarzysz, wpatrywał się w tę scenę ze znudzeniem.  Jego zadaniem była ochrona tego… młodzieńca. Bo prawda była taka, że siedzący na przeciw niego inwestor, zdobywający sobie sympatię tylu ludzi, miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Z kolei jego ochroniarz dopiero dwadzieścia siedem. I to nie ukończone, gdyż do jego urodzin brakowało dobre dwa miesiące.
                Ponownie wyjrzał przez okno. Jeszcze trochę i będą na miejscu. Wrócą do domu, jednak jemu nadal nie będzie dane odpocząć. Trzeba będzie czuwać nad swym szefem, swym podopiecznym, który teraz zawzięcie walił w klawiaturę. Gdyby, te kilka lat temu, nie zaczął się buntować przeciw ojcu, zapewne to on teraz siedziałby pochylony nad urządzeniem, sprawdzając aktualności, czy cholera wie, co jeszcze. Jednak nie żałował. Dobrze jest, jak jest.
                Może jedynie poza faktem, że zaraz wjadą na teren rezydencji, gdzie znów zacznie być traktowany jak pokorny sługa. Będzie grał tę rolę, póki jego zacny przełożony nie położy się do łóżka, by następnie zasnąć spokojnie, otulony pierzynami. Wówczas, jego szef ochrony, siedzący właśnie naprzeciw młodego biznesmena, uruchomi zabezpieczenia, po czym sam ułoży się do czujnego snu, mając nadzieję, iż ani on, ani jego podkomendni, nie będą musieli interweniować gdzieś w środku nocy.

wtorek, 4 września 2012

IX "Gra" - rozdział 2 "Informacje"

            Ostry wiatr przestał wiać już kilka godzin temu. Nastał ciepły, przyjemny poranek. Słońce wesoło ogrzewało ziemię, z której unosiła się para. Mgła otoczyła swym płaszczem całe miasto, nadal pogrążone we śnie. Kruki krakały pośród drzew, rozdzierając ciszę poranka. Na zewnątrz znajdowały się tylko zwierzęta, poszukujące pożywienia, mające składać się na ich śniadanie.
            W wielkiej posiadłości, należącej do jednego z najbogatszych inwestorów w mieście, w pokoju na pierwszym piętrze z wielkim, mosiężnym łóżkiem z wysokim baldachimem oraz czarnymi, kotarami, pod atłasową pościelą swe oczy niechętnie otworzył długowłosy brunet. Rozglądając się niemrawo po swym pokoju, starał się sobie przypomnieć ostatni wieczór. Dopiero po chwili pamięć powróciła.
            Jak zawsze wieczorem zasiadł na łóżku przed laptopem rozkoszując się chwilą odpoczynku. Uruchomił grę, wybrał postać, którą zamierzał wędrować po wirtualnym świecie Fantazy, by już w kilka sekund później się zalogować. Do było jego oderwanie się od przytłaczającej rzeczywistości, znienawidzonej przez niego prawie tak samo jak jego ojciec. Tylko w tym świecie mógł naprawdę być sobą, zrzucić maskę tak dobrze prezentowaną w świecie realnym. Dlaczego nie możemy i w jednym i drugim świecie być sobą? To smutne, jednak takie są realia tego świata – każdy z nas musi mieć co najmniej jedną „drugą twarz”, by przeżyć na tym padole nietolerancji, gniewu i zawiści, jaki sam tworzymy.
            Pamiętał, że swą postacią, posiadającą klasę Spellhowlera ruszył na jakąś wyprawę, by zdobyć dodatkowe doświadczenie brakujące mu do kolejnego poziomu. Jednakże ta klasa ma zarówno swe wady i zalety, co skutkowało wiecznymi poszukiwaniami kapłana. Na jego szczęście tuż po wystawieniu ogłoszenia w panelu informacyjnym, zgłosił się do niego jeden osobnik klasy Shillen Elder. Natychmiast przydzielił go do drużyny i wspólnie ruszyli na podbój. Imię postaci jego towarzysza brzmiało „Trixa”. Sam swego maga mianował „Xenarem”. Widząc, iż przybyła do niego tak zwana „Mroczna” uśmiechnął się. Zaczęli rozmowę podczas której dowiedzieli się nieco o swoich wzajemnych historiach, a ściślej mówiąc, opowiadali sobie jak wyglądała ich podróż w owym świecie do chwili ich spotkania.
            „Xeran” dowiedział się trochę o swej towarzyszce, między innymi o tym, iż kiedyś należała do klanu Ayan Cunducua, sprzymierzonego z Gothic Slayers. Vice założycielka pierwszego była jej dobrą znajomą, a zarazem wspaniałym Tancerzem. Klan ten zawsze stawiał na dobre stosunki w swym kręgu. Trixa opowiadała o tym, jak wygłupiali się wspólnie podczas spotkań klanowych.
Z kolei o drugim z klanów było zawsze dość głośno na serwerze, na którym grają, z powodu ich wiecznych chęci do wojaczki z innymi, także silniejszymi od nich klanami. Brunet nie przepadał za nim zbytnio, ale cenił za siły, jakie wkładają w rozwój zarówno wspólny jak i osobisty.
Po przełamaniu pierwszych lodów, zaczęli rozmawiać bardziej otwarcie. Trwało to dość długo. W końcu, po około trzech godzinach nieustającej gry, młodzieniec zaczął podrywać swą towarzyszkę. Najpierw delikatnie, później nieco bardziej ambitnie. Cóż – w takich zabawach to dość częste. Jakim było jego zaskoczeniem, gdy  otrzymał prywatną wiadomość o treści: „Xen, ja jestem facetem w rl ;]. Ale jeśli Ci to nie przeszkadza…”. Momentalnie się speszył. A jednak nie zaprzestał kontaktu. Tym bardziej, że po chwili został poproszony o podanie pseudonimu na XFire. Nie minęły nawet 2 minuty, jak kompan do niego zadzwonił. Reszta wieczora zleciała im na dalszym polowaniu i komunikowaniu się już za pomocą owego programu.
Ziewnął potężnie, wyciągając się na łóżku jak kot. Nie chciał wstawać, jednak praca nieubłagalnie go ścigała. Zwlekł się z posłania, ruszając w stronę łazienki. Chłód pomieszczenia zadziałał kojąco. Szybki, chłodny prysznic wypłukał wszystkie złe myśli i przyjemnie orzeźwił. Tak, tego mu było trzeba. Odświeżenia.
Opuścił kabinę, mało nie przewracając się na kafelkach. Zaklął nieprzyzwoicie, wysyłając podłogę i jej elementy do wszystkich diabłów, następnie przeglądając w swym pokoju szafę, by znaleźć odpowiednie ubranie. Narzucił na siebie czarny t-shirt z emblematem ulubionej kapeli rockowej, granatowe, luźne dżinsy i odprężony zasiadł przy biurku. Szybko przekładał karty notesu, sprawdzając dzisiejsze plany. Nie chęć wstąpiła na jego twarz, po przeczytaniu informacji o wystąpieniu jego przełożonego. Cóż – mus, to mus.
Wstał, opuścił pokój, po czym skierował się wielkimi, marmurowymi, przestronnymi schodami ze zdobnymi poręczami w dół ku ogromnej kuchni. Cały ten przepych momentami go drażnił. Nie mógł zrozumieć, po co tu to wszystko, skoro i tak praktycznie nikt nie przychodzi ich odwiedzać.
Zaraz po wkroczeniu do docelowego miejsca zauważył siedzącego przy stole blondyna. Uśmiechnął się sam do siebie, zastanawiając który dwudziestu-jednolatek  zajada w obcym domu płatki z mlekiem na śniadanie, co czynił właśnie gość.
- Cześć – przywitał go wesoło, na co chłopak skinął radośnie głową, nie chcąc mówić z pełnymi ustami. Dopiero po przełknięciu kolejnej łyżki zupy odpowiedział.
- Cześć. – Wyszczerzył zęby. – Już wyspany?
- Powiedzmy – odezwał się, ponownie przeciągając i ziewając zarazem. Usiadł przy stole, czekając aż służąca poda mu poranne danie. – Młody jeszcze śpi? – Spytał poważnie.
Blondyn skinął głową.
- Tak. Jak wychodziłem jeszcze spał – odpowiedział, bystro się w niego wpatrując. – I dobrze, bo mamy do pogadania…
- Wiem – odrzekł. Zastanowił się chwilę, podczas której otrzymał kawę wraz z kanapkami. Odczekał, aż gosposia opuści pomieszczenie i zaczął temat. – Martwi mnie ostatnio Hebi.
- Zauważyłem. – Ponownie skinął głową. – Są zbyt aktywni. – Przerwał westchnieniem. – Podoba mi się, że go wspierają, ale…
- Ale większość ich działalności jest nielegalna – zakończył za niego starszy. – Tak, wiem.
- Rozmawiałeś o tym z Tsunade?
- Próbowałem – rzekł zgodnie z prawdą, wykrzywiając twarz w niechęci. – Ale jest zbyt zajęta tymi seryjnymi mordercami. Nie może nam na razie pomóc. – Zastanowił się chwilę. – W sumie to sama prosiła, byśmy chociaż spróbowali jej w jakiś sposób pomóc. No wiesz – wzruszył ramionami. – Zrobić, co możemy.
- Ty jeszcze możesz, jako szef ochrony…
- Twojego chłopaka – ponownie zakończył zdanie za blondyna.
- Chciałem powiedzieć, „jako szef ochrony z tak dobrymi kontaktami”, ale co racja, to racja – zaśmiał się wesoło.
- Co jest racją? – Usłyszeli zaspany, znudzony głos od strony drzwi. Z uśmiechami na twarzy zwrócili swe oczy ku młodemu inwestorowi, będącemu teraz w stanie zbliżonym do rozpaczliwego. Koszulka z jednej strony wystawała mu ze spodni, z drugiej była schowana, w dodatku ubrana na lewą stronę, włosy rozczochrane, stojące we wszystkie strony, oczy zaspane i klejące się. Wyglądał na półprzytomnego. Po ich ocenie i braku spodni, stwierdzili, że naprawdę jest niewyspany. Na szczęście bieliznę miał…
- To, że on – wskazał na siedzącego naprzeciw siebie -  nadal nie ma nikogo, a za dwa miesiące kończy dwadzieścia siedem lat. – Oznajmił radośnie wesoły blondynek.
- Zamknij się, bo cię ogolę na łyso – warknął starszy z brunetów. – Nie potrzebuję nikogo – dodał.
- Jassne.
- Dzięki temu chociaż mnie tyłek nie boli po intensywnej nocy – rzekł zgryźliwie, na co twarz blondyna pokryła się szkarłatem. Rozmowa była skończona.

Blondyn smacznie śpiąc, przewracał się z boku na bok. Sny, które nawiedziły go dzisiejszej nocy należały do tych przyjemniejszych i wiązały się z tym, co robił tuż przed położeniem się do poduszki. Zaczął mamrotać coś pod nosem i zapewne trwałoby to dłużej, gdyby nie kolejny obrót na bok, nie całkiem mogący dojść do skutku. Młodzieniec spadł z łóżka z głuchym łoskotem, obijając sobie przy tym boleśnie swe cztery litery. Momentalnie się zbudził. Podparł się na rękach, zamierzając wstać, lecz wpierw usłyszał wiązankę przekleństw z pomieszczenia poniżej, a następnie krzyki, że jeśli hałas jest jego winą, to zostanie nabity na pal nim zdąży powiedzieć cokolwiek na swoją obronę.
Niechętnie wstał, ziewając po niewyspanej nocy. Do późna siedział, grzebiąc w Internecie ze swojego laptopa i sprawdzając informacje na temat swego zlecenia, wcześniej „nie mając na to czasu”, jak się zawsze usprawiedliwiał. Później był już tak padnięty, że zasypiając, tuląc się do monitora, postanowił odłożyć sprzęt i okrywając się szczelnie kołdrą, zasnąć wygodnie i spać ile tylko da radę.
Ziewnął, nie mając chęci zakrywać usta. Z rozczochranymi włosami i nieprzytomnym wzrokiem ruszył w stronę najbliższej łazienki. Oto czego teraz potrzebował – kąpieli. Tak! Ona go orzeźwi i pozwoli na właściwe funkcjonowanie organizmu.
Szybka poranna toaleta, a następnie wędrówkach po schodach w dół, prosto do kuchni, gdzie miał nadzieję ujrzeć śniadanie. Zawiódł się, z resztą jak zawsze na współlokatorach. Uśmiechnął się do siebie, kierując kroki w stronę lodówki. Sałata, szynka, twaróg. Idealnie.
Posmarował masłem dwie połówki bułki, wyłożył je wybranymi przez siebie składnikami i posypał solą. Zagotował wodę i chwilę później zaparzył sobie kubek herbaty. Siadłszy przy stole począł spożywać swój posiłek, zastanawiając się nad pierwszym krokiem swego planu, kiedy do kuchni wszedł wyższy od niego młodzieniec.
- O, cześć młody – powitał go obojętnie, ziewając jak chłopak w swoim pokoju.
- Hej – mruknął żywszym głosem. Zimna kąpiel porządnie go rozbudziła.
Nowo przybyły zaparzył sobie kawę i zasiadł naprzeciw blondyna. Uśmiechnął się delikatnie, widząc jego zamyślenie.
- Nad czym tak dumasz?
- Szefu dał mi zadanie – mruknął niechętnie, krzywiąc się. Wyraźnie nie chciał tego robić.
- Słyszałem. – Potwierdził skinieniem głowy. – Aż tak ciężko?
- Powiedzmy, hm… - Zamyśli się na moment, po czym ciągnął dalej. – Muszę się dzisiaj dostać do Saijo. Masz jakiś pomysł?
Jego rozmówca zmarszczył brwi. Trawił przez chwilę jego słowa, po czym odpowiedział pewnie:
- Sądzę, że stary by cię tam wkręcił. Z tego co wiem, ma tam kilku kumpli.
Blondyn skinął głową, uśmiechając się wesoło.
- A tak zmieniając temat – kontynuował starszy. – Ty i rudy moglibyście trochę ciszej się zabawiać.
- Hm? – Chłopak mimowolnie oblał się rumieńcem.
- Wczoraj musiałem aż wyjść ze swojego pokoju. Nie mogłem was już słuchać – rzekł nieco naburmuszony.
- Przepraszam – pisnął, zwieszając głowę i czerwieniejąc jeszcze bardziej.
- Rudemu też to wypomnę. – Westchnął. – Albo powiem szefuniowi, by zamienił się ze mną na pokoje…
Obaj zaśmiali się wesoło.
Rozmawiali jeszcze jakiś czas na tematy bliżej nieokreślone, głównie nawiązując do codziennego życia w ich mieszkaniu oraz oglądanych przez nich seriali, do momentu aż młodszy postanowił ruszyć do swojego pokoju, szykować się do wdrążenia w życie jego planu.

Rudowłosy chłopak schodził powoli w dół, kierując się przyjemnymi zapachami świeżego dania. Dopiero co odbył poranną kąpiel. Teraz chciał już tylko zjeść coś odpowiedniego. W pomieszczeniu zastał dwie osoby – jedyną kobietę w ich ugrupowaniu oraz osoby, której niecierpki najbardziej, z powodu zgryźliwości i nieprzyzwoitych uwag, jakie młodzieniec wypowiada niemal w każdej chwili. Mruknął coś, co miało brzmieć „dzień dobry” i siadł przy stole, widząc jak Konan szykuje już śniadanie również dla niego.
- Dobrze spałeś, rudy? – Spytał na wstępie siedzący już przy stole. W jego głosie zabrzmiała nuta drwiny.
- Owszem, dziękuję – odparł agresywnie, zabierając się za podstawione mu jedzenie.
- Bo ja co rusz słyszałem jakieś dziwne jęki – rzekł, przedłużając przedostatnie słowo.
- Doprawdy? – Udał zdziwienie chłopak, nie patrząc nawet na niego. Doskonale wiedział, do czego tamten bił.
- No – zarechotał tamten. – A wiesz, jakie mi się najbardziej spodobały?
- Nie wiem – rzekł znudzony. – Możesz mi podać cukru, Lazuri? – Zwrócił się do kobiety, która spełniła jego prośbę tuż po tym, jak sama posłodziła swoją herbatę.
- Prosiłam cię, byś nie zwracał się do mnie pseudonimem, kiedy nie jesteśmy w terenie. – Rzekła obojętnie, zatapiając usta w płynie.
- Już ci mówię – kontynuował pofarbowany na biało młodzieniec. – „Aaaaach… Ooooch… Taaaaak…”
- Przyzwyczajenie… - odpowiedział Konan. Spojrzał na siedzącego naprzeciw siebie. – Jak masz dostawać orgazm na mój widok nawet podczas śniadania, to proszę, wyjdź. Wolałbym nie widzieć twojego wytrysku, kiedy jem. – Rzekł spokojnie, patrząc nań znudzonym wzrokiem.
Tamten zamilkł, wlepiwszy wzrok w czuprynie chłopaka. Ogarniała go wściekłość z powodu usłyszanych słów oraz ignorancji, jaka została zastosowana wobec nie. Starał się jednak uspokoić, mieląc swój posiłek. Chciał dopiec rudemu w odpowiedni sposób. Zastanawiał się nad odpowiednim podejściem do tematu i w końcu go olśniło.
- Wiesz, nie mogę zrozumieć, co widzisz w dzieciaku… - Zaczął niby to normalnie.
- Nie musisz wiedzieć.
- Ja rozumiem, że jakąś tam inteligencję przejawia, ale to chyba nie to, co?
- Według mnie ma jej więcej, niż ty – odezwała się Konan.
- Wątpię… - Zastanawiał się przez chwilę. – Ale wiesz co, rudy? – Chłopak skierował na niego wzrok. – Chyba już wiem, co cię w nim ciągnie.
- No? – Spytał znudzony. Chciał jak najszybciej skończyć ten temat.
- W sumie to blondynek to niezła dupa…
Rudzielec gwałtownie wstał, waląc otwartymi dłońmi w blat stołu i pochylając się nad nim ze złością.
- Dobrze ci radzę, Hid, nie zbliżaj się do niego!
- Bo? – Zakpił jego rozmówca.
- Bo do młodego nikt, poza mną nie ma prawa się zbliżyć!
Nie kończąc śniadania, zwrócił się do wyjścia. Miał przemożną chęć kogoś zabić. I zrobi to, ale nie tutaj! Nie w domu!
- A bo co? – Hidan zwrócił się do odchodzącego. – To twoja własność, że się tak wściekasz? – Zaśmiał się wrednie.
- Tak – rzekł, przez ramię. – I zapamiętaj: dzieciak należy do mnie i tylko do mnie!

IX "Gra" - rozdział 1 "Zlecenie"


               Nad miastem rozgorzała ulewa. Ciężkie, duże krople jedna za drugą biły w szyby, jakby chciały się dostać do środka. Wiele z nich kończyło na trawnikach, czy ulicach, dołączając do sobie podobnych, mocząc wszystko, co znajduje się na zewnątrz, tworząc wielkie kałuże. Ciemne, czarne chmury zasłaniające niebo, idealnie odcinały ziemię od nieboskłonu, ukrywając jasno migocące gwiazdy oraz księżyc w pełni. Nieważne, jak bardzo ludność wytężałaby swój wzrok. Nie można było przebić się przez te gęste skupiska pary wodnej. Bez względu na to, jak bardzo by się tego chciało.
                Wysoki, smukły brunet zrzucił z siebie garnitur. Odłożył go na fotelu. Rozpiął białą koszulę, po czym podszedł do wysokiego lustra, spoglądając w nie. Uśmiechnął się smutno do swego dobicia. Zmarszczki pod jego oczami były skutkami pracy, jaką wykonywał. Czasami żałował tego wszystkiego. Tyle spraw na jego głowie. Tak, ma pod sobą wielu ludzi, ale co z tego? To on musi się wszystkim zajmować. Dyrygować nimi, bo przecież ci kretyni nic sami dobrze nie zrobią! Jest im potrzebny… Niestety. Przez to cała robota zawsze spada właśnie na niego.
                Westchnął ciężko, kładąc dłonie na zimnym zwierciadle. Chwilę później znalazło się na nim także jego czoło. Oddychał ciężko, a delikatna para pozostawała na zimnym lustrze. Miał naprawdę dość swojej roboty.
                - Głupi jesteś, wiesz? – Spytał własnego odbicia, przyglądając mu się z bliska. Mógł niemal zajrzeć w głębię własnych oczu. – Tak cholernie głupi…
                Oderwał się od przedmiotu, odwracając do niego plecami. Omiótł spojrzeniem swój pokój. Wysokie, jasno oświetlone pomieszczenie z dużym karniszem, ściany granatowe, uspakajające, przyjemne. Zawsze go odprężały… Pod sporych rozmiarów oknem stało duże, dwuosobowe łóżko. Parsknął. Co z tego, że przeznaczono je dla dwojga osób? Od lat nie spał w nim nikt, prócz niego. Jego ostatnia dziewczyna odeszła od młodzieńca pięć i pół roku temu. Twierdziła, że poświęcał jej zbyt mało uwagi i znalazła kogoś, kto te braki nadrabiał w dwójnasób. Co by nie mówić… Cieszył się wówczas z takiego obrotu spraw… I tak miał zamiar z nią zerwać. Dziewczynie zależało na jego pieniądzach, a nie na nim… Idiotka!
                Szybkim krokiem ruszył w stronę szafy, znajdującej się na prawo od łóżka o jakieś półtorej metra. Musiał przyznać – pokój to on miał przestrzenny! Mieściło się tutaj wszystko, czego potrzebował. Miał własną łazienkę, do której prowadziły drzwi naprzeciw łóżka. Cała w ładnych, zdobnych, granatowych kafelkach ,mających sprawiać wrażenie marmuru. Wewnątrz znajdowała się duża wanna, z której jednak rzadko korzystał, z powodu braku czasu na długie kąpiele oraz prysznic, który w użytku był niemal zawsze po powrocie do domu. Umywalka z lustrem o wymiarach metr na półtorej, z powodu których nie raz się zastanawiał, po co mu ono oraz oczywiście, klozet. Błogosławił fakt, że zawsze utrzymuje tu, niemal sterylny porządek i ład. Nienawidził bałaganu. Tutaj każdy drobiazg miał swoje miejsce.
                Zarówno pokój jak i łazienkę utrzymywał w czystości i harmonii. Gdyby nie te, dostałby białej gorączki…
                Bezmyślnie chwycił za czarną koszulę oraz bokserki tego samego koloru, służące mu za piżamę i ruszył do łazienki. Szybko zrzucił z siebie resztę ubrań, kładąc je złożone na szafeczce, przy umywalce i wszedł do kabiny prysznicowej. Woda niosła ze sobą ukojenie i spokój. Odprężała po ciężkim dniu. Przyjemne ciepło rozlewało się po całym ciele, kiedy delikatne krople spływały po nim niżej i niżej.
                Po dosłownie kilku minutach, rozsunął szklane drzwi i zstąpił na zimne kafelki. Chwycił ręcznik, wycierając ciało, następnie wcierając weń wodę z długich włosów. Odświeżony, narzucił na siebie piżamę, rozwiesił ręcznik i wrócił do pokoju. Z biurka po prawej stronie od drzwi łazienki, chwycił w biegu swojego osobistego laptopa, z którym legł na łóżko. Siadł po turecku, uruchomił sprzęt, wetknął słuchawkę z mikrofonem do ucha i już rozluźniony, najpierw począł przeglądać istotne dla siebie informacje, a później uruchomił jedną ze swych ulubionych gier MMORPG, z postanowieniem zagłębienia się w niej na co najmniej godzinę, nim położy się spać.
                Nie zwracał uwagi na szalejącą za oknem burzę, nawet kiedy błyskawice przecinały nieboskłon, a donośne, niosące się dudniącym echem grzmoty straszyły mieszkających opodal ludzi oraz zwierzęta…

                Kobieta siedząca za swym biurkiem westchnęła głęboko. Dopiero co obejrzała w telewizji konferencję na żywo. Musiała przyznać, że młody biznesman świetnie radził sobie z mediami. Bez problemu odpowiadał na każde pytanie, nie musząc się nad nim nawet zastanawiać. Delikatny uśmiech, który przez cały czas miał na ustach sprawiał, że ludzie niemal lgnęli do niego niczym pszczoły do miodu. Tak… Potrafił oczarować innych. I właśnie to najbardziej niepokoiło kobietę.
                Znała już go od jakiegoś czasu. Młody chłopak, który odziedziczył po ojcu firmę, szybko robiący karierę. Niepozorny młodzieniec, miły dla otoczenia. Przynajmniej z pozoru. Kilkakrotnie sama była świadkiem, jak zachowuje się wobec swej, można by rzec, najbardziej zaufanej osoby, jaką był szef jego ochrony. Prawda była taka, iż codzienna dobroć chłopaka była tylko przykrywką dla wiecznie oziębłego i przebiegłego, dążącego do realizacji własnych celów człowieka.
                Od lat zastanawiała się, jak to możliwe, że są tacy jak on? Skąd biorą się ludzie którzy bez problemu potrafią wykorzystywać oraz zrzeszać wokół własnej osoby ,potrzebne sobie jednostki? W jaki sposób tak łatwo zdobywają ich zaufanie? Dla tejże kobiety, było to nie lada zagadką.
                Zrezygnowana wyciągnęła z szuflady aktówkę z plikiem kartek. Miała teraz inne zmartwienia, które dręczyły ją bardziej niż ten dzieciak. Poczęła przeglądać strony, czytając poszczególne, istotne dla siebie informacje. Ostatnimi czasy pewna organizacja, działająca w jej mieście znacznie nasiliła swoje poczynania. Irytowało ją to. Irytował ją także fakt, że zarówno ona, jak i jej podwładni byli w kropce. Co by nie zrobili, ile razy nie wpadliby na ślad ich działalności, prowadziło ich to donikąd. Zrezygnowana, koniec końców, zmuszona była do wynajęcia specjalnej grupy, słynącej z tego typu śledztw. Jednak, pomimo już półtorej roku współpracy, ani ona, ani jej podwładni, ani wynajęta przez nią grupa, nic nie wskórali. Organizacja, która tak ją dręczy pozostawała nadal nieuchwytna.
                Gdyby choć znała ich personalia, przeszłość, rodziny… Nic. Nic nie udało im się znaleźć. Ci ludzie muszą być naprawdę dobrzy, skoro zacierają za sobą każdy ślad na tyle umiejętnie, iż wodzą za nos najlepsze ekipy poszukiwawcze już od dobrych kilku lat.
                Jedyne co udało jej się dokładnie ustalić to fakt, że owa organizacja przestępcza działa już ponad dziesięć lat. Nic poza tym… Nie poznała nawet ilości ich członków…
                Cóż za beznadziejna sytuacja…

                - Szefie – zaczęła pokojówka, uchylając drzwi do jego pokoju. Zajrzała do środka. Jej pracodawca siedział przy biurku, pisząc coś zawzięcie na komputerze. Oderwał się od monitora, spoglądając na nią zimno. Kobieta poczuła dreszcze na plecach. Przez kilka kolejnych sekund sama zadawała sobie pytanie, jak te lodowate oczy mogą zamieniać się w ciepłe i delikatne, kiedy tylko występują przed kamerami? - Ma pan gościa – dodała cicho, przepuszczając w drzwiach młodzieńca. Zamknęła za sobą drzwi i tyle ją widziano.
                Nowo przybyły chłopak uśmiechnął się beztrosko do pana domu.
                - Siadaj i daj mi chwilę – mruknął brunet, powracając do przerwanego mu zajęcia. Nie musiał patrzeć na przybysza. Wiedział, iż wykonał on rozkaz. Biznesmen stukał szybko w klawiaturę, układając długie zdania na maszynie. Trwali tak może z pięć minut, dopóki praca nie została ukończona. Kiedy już to się stało, gospodarz wyłączył maszynę, wstał i spojrzał bez emocji na swego gościa.
                - Oglądałem dzisiaj twoją konferencję prasową – zaczął bez zbędnych powitań blondyn. W błękitnych oczach odbijały się radość i podziw.
                - Podobało się? – Padło znudzone pytanie.
                - Wiesz, że lubię na ciebie patrzeć – zaśmiał się chłopak. Przez chwilę przyglądał się brunetowi, który podszedł do swego wielkiego łóżka, zdjął białą, wyjściową bluzkę i rozwiesił ją na krześle. Blondyn patrzył na niego bez krępacji. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy gospodarz usiadł na łóżku i gestem nakazał mu zbliżyć się do swojej osoby.
                - Prawdę mówiąc – zaczął brunet, przyciągając towarzysza bliżej siebie - nie sądziłem, że dzisiaj cię zobaczę.
                Nie mówiąc już nic więcej, przyciągnął go zaborczo, zamykając usta pocałunkiem. Musiał jednak przyznać, że niespodzianka bardzo mu odpowiadała. Skończył pracę, a nie był senny. No i… Nie miał już nic do roboty, a nudzić się nie lubił.
                Na twarz bruneta wpłynął przebiegły uśmiech, spowodowany owymi myślami. Ta noc zapowiada się naprawdę ciekawie. Tym bardziej, że ma chęć ją trochę… urozmaicić…

                - Nareszcie jesteś – warknął rudowłosy do mężczyzny o kilka lat młodszego od siebie, który właśnie wszedł do jego pokoju. – Mam dla ciebie małe zadanie – oznajmił, uśmiechając się ironicznie.
                Uprzedniego wieczoru otrzymał ważny telefon od jednego ze swych ludzi. Dowiedział się, iż pewien jegomość pilnie potrzebuje się z nim spotkać. Jakież było jego zaskoczenie, gdy dowiedział się, kimże jest ta osoba. Początkowo zaczął wyklinać swego pracownika, wrzeszcząc na niego, by przestał sobie kpić, następnie począł się irytować, dając do zrozumienia zarówno sobie jak i rozmówcy, iż coś takiego nie może mieć miejsca, by ostatecznie dojść do wniosku, iż coś takiego może się jednak zdarzyć.
                Wiele słyszał o osobie próbującej do niego dotrzeć. Nie wierzył we wszystko. W końcu ten człowiek sprawiał takie, a nie inne wrażenie. Jednak… Kilkakrotnie go widział i wówczas miał całkowicie inne odczucia co do niego. A skoro teraz chce się z nim skontaktować, to może znaczyć jedynie, że faktycznie jest taki, jak mężczyzna podejrzewa. I wcale nie przeszkadza to ani jednemu, ani drugiemu.
                Oddzwonił do osobnika z zastrzeżonego numeru. Umówił się z nim na spotkanie następnego dnia rano. Osobiście zadbał o całokształt. Zamówił stolik dla dwóch osób w jednej z bardziej prestiżowych restauracji, należącej także do jego przyjaciółki. Któż by pomyślał, że spotykają się tam osoby jego pokroju? Restauracja była świetną przykrywką. I odwracała uwagę zarówno od kobiety, będącej jej właścicielką , jak i od osób w niej pracujących. Ironia losu… Połowa z pracującego tam personelu była jego podkomendnymi! No i… Ona także pracowała dla niego. Idealny układ.
                Następnego dnia przyszedł na umówione miejsce. Kobieta oraz personel przywitali go z należytym szacunkiem. Odwzajemnił gest, powiadomił ją na kogo czeka, by ostatecznie usiąść przy stoliku, przy którym zawsze załatwia tego typu interesy. A było ich co niemiara… Bądź, co bądź… Klientów nie brakowało.
                Nie musiał długo czekać. Klient przybył niedługo potem. Wskazano mu miejsce i po zamówieniu przez rudowłosego po kieliszku białego wina, będącego jego stałym napojem w tym lokalu podczas załatwiana interesów, przeszli do konkretów.
                Rozmowę rozpoczęli bez obaw o to, że ktoś ich podsłucha. Stolik oddalony był od pozostałych, ogrodzony zdobnymi krzewami w donicach, osłaniającymi rozmówców. I całość przygotowana właśnie na takie okazie.
                Szybko się sobie przedstawili, by już po sekundzie przejść do sedna sprawy. Pracobiorca słuchał uważnie w czym rzecz. Jego nowy pracodawca naprędce wyjaśniał, czego oczekuje od mężczyzny, co jest jego celem oraz cóż należałoby w tym kierunku uczynić. Rozmówca nie przerywał, nie przeszkadzał w monologu, wsłuchując się uważnie w szczegóły. Dopiero kiedy skończył, drugi się odezwał.
                Zaczął wypytywać mężczyznę, czy nie można by wprowadzić pewnych zmian. Już długo siedział w tym interesie i był pewny, że całość można dużo łatwiej załatwić, a efekt będzie taki sam. Przedstawiał swoje pomysły i widząc rosnące zadowolenie u klienta, widział, że dobrze zrobił, mówiąc mu o tym. Jak ujął to jeden z jego byłych klientów? A tak… „Miał wyobraźnię…” Taki fach! A wyobraźnia tutaj się przydaje.
                W końcu doszli do porozumienia. Do omówienia została jedynie kwestia wynagrodzenia. Długo debatowali, nim uzgodnili ostateczną, zadowalającą obojga sumę, choć rudy był pewien, iż klient tak czy owak zgodził by się pewnie i na wyższą, gdyby było trzeba. Za to, co dzięki temu uzyska… Zdecydowanie byłby i tak zadowolony… Ale, ale. Rudowłosy i tak otrzyma nie małe pieniądze za robotę, więc nie miał czym się przejmować.
                Po rozmowie, rozeszli się, każdy w swoją stronę, uprzednio wymieniając się ze sobą numerem kontaktowym. Lepiej się zabezpieczyć, na wszelki wypadek, w razie jakichkolwiek nagłych zmian. Rudowłosy powrócił do miejsca swego aktualnego zamieszkania. Przemyślał parę rzeczy. Sprawdził interesujące go dane celu. Musiał się przygotować. Musiał wiedzieć, kto będzie najbardziej odpowiednim do tego zadania. I zaledwie po kilku godzinach, już wiedział. Nie mógł się mylić. Nigdy nie pomylił się w tej kwestii i teraz też, na pewno, nie myli się ani o jeden procent!
                - Przekaż młodemu, że ma zadanie. – Rzekł do podwładnego, podając mu kopertę ze zdjęciami oraz szczegółami celu.
                - Czemu to ja, do jasnej cholery, mam robić za posłańca? – Oburzył się mężczyzna.
                - Bo ja tak mówię, kretynie – zawarczał jego przełożony, patrząc gniewnie. Efektu dodała błyskawica, rozświetlająca pokój, wdzierająca się do środka przez okno, znajdujące się za plecami rudowłosego.
                Młodszy mężczyzna prychnął pogardliwie, wyrywając z rąk szefa kopertę. Obrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. Kiedy je przekroczył, trzasnął za sobą, by dać do zrozumienia, jak bardzo uwłacza to jego godności. Mężczyzna stojący w pokoju widząc to roześmiał się, a jego śmiech niósł się echem po całym, teraz niemal pustym, budynku.

                - Cholera – zaklął barczysty mężczyzna, zaraz po przeczytaniu najnowszych wieści dotyczących swojego zlecenia.
                - Nie przesadzaj – warknęła rozłożona na fotelu kobieta. Nogi miała przerzucone przez jedną poręcz, a plecami opierała się o drugą. Wychyliła się bardziej w tył, by spojrzeć na towarzysza, leżącego na kanapie.
                Oboje znajdowali się w pokoju gościnnym ich domostwa. Mieszkali tutaj wraz z kilkoma innymi osobami, jednak pomimo tego, iż byli współlokatorami, nie łączyły ich żadne więzi. A już na pewno nie rodzinne. Nie rozmawiali ze sobą na temat swoich uczuć, problemów, myśli czy innych tego typu spraw. Jedyne, co mogło ich łączyć to praca oraz jej konsekwencje. Ona była głównym pretekstem do rozmów, wzajemnego przekomarzania, dogryzania, czy wymiany poglądów. Jeżeli już okazywali sobie jakiekolwiek wzajemne uczucie, to jedynie między sobą. Nikt nie wnikał w to, co robili pozostali, do czasu aż nie sprowadzał do ich wspólnego domu obcej osoby. Dopóki nic im nie zagrażało, tolerowali każdy występek pozostałych współlokatorów.
                Pomieszczenie, w którym znajdowało się dwoje rozmawiających było największym, najbardziej przestronnym miejscem w całym budynku. We władanie mieli dwupiętrowy domek jednorodzinny na przedmieściach miasta. Dwa piętra, parter oraz piwnica, z czego na każdym poziomie mieściły się dwie łazienki, zapewniały dość miejsca ośmiorgu osobom. Każdy z nich posiadało własny pokój, który mieścił się na pierwszym lub drugim piętrze. Oprócz tego, na drugim mieściło się także biuro jednego z nich, panującego tutaj nad wszystkim i wszystkimi. Na pierwszym piętrze, na wszelki wypadek znajdowały się także dwa pokoje gościnne. Parter zajmowały kuchnia, pokój dzienny, jadalnia oraz salon. W piwnicy mieli kilka pomieszczeń. Samodzielnie dorobili kilka ścian oraz prowadzących do nowych pomieszczeń drzwi, tak by każdy z osobników tu mieszkających posiadał łatwy dostęp do swoich rzeczy, nie mieszczących się w pokoju. Był tam również garaż,w który przechowywane były pojazdy.
                Ludzie mijający na co dzień ów budynek, nie uwierzyliby zapewne, jakież wewnątrz panują luksusy. I nic w tym dziwnego, skoro z zewnątrz domek wyglądał na zaniedbany. Tu i ówdzie widać było cegły, ogród doszczętnie zapuszczony – nikomu nie było w głowie się nim zajmować, a okna zawsze zasłonięte ciężkimi, ciemnymi zasłonami.
                Sąsiadów było w tej okolicy niewielu, gdyż nieopodal mieścił się niewielki cmentarz, obok którego nikt nie chciał mieszkać. Ulice zwykle bywały puste, a od lat nikt nowy się tu nie wprowadzał, nie mając ochoty mieszkać o rzut beretem od rozkładających się pod ziemią zwłok i truchła.
                - Nie możesz mieć bardziej przesrane ode mnie – dodała kobieta, przeciągając się w fotelu i ziewając głośno. Ostatnio miała ciężkie dni, a organizowanie pilnych spotkań dolewało jedynie oliwy do ognia. Miała dość i marzyła tylko o tym, by ten cholerny tydzień, skończył się jak najszybciej.
                - Może, może – zaśmiał się dwudziestoośmioletni osobnik wchodzący do pomieszczenia drzwiami frontowymi. Wyminął zgrabnie fotel, na którym siedziała dwudziestopięciolatka i usiadł w drugim, mieszącym się o pół metra od kanapy. Zarzucił jedną nogę na poręcz fotela, na drugiej podparł się łokciem lewej ręki i pilotem, który chwilę wcześniej chwycił ze stołu, włączył telewizor.
                - Wątpię – prychnęła pogardliwie, rzucając nienawistne spojrzenie nowo przybyłemu.
                - Muszę znów zająć się tymi skretyniałymi mendami – westchnął najstarszy z tutaj obecnych. Zerknął na dwoje osób, siedzących w fotelach. Przez chwilę trwał tak, przyglądając się temu, jak młodszy od niego osobnik pilotem non stop przeskakuje kanał po kanale, nie mogąc się zdecydować na oglądanie żadnego z transmitowanych aktualnie programów. – Jak sądzicie…
                - Hnm? – Spytali równocześnie, zwracając na niego oczy.
                - Długo jeszcze będą nas tak bezskutecznie szukać? – W jego głosie pobrzmiewała satysfakcja i duma z samego siebie. Oj tak. On potrafił świetnie zacierać ślady. Nigdy się nie domyślą, gdzie należałoby prowadzić dochodzenie.
                - A co? – Zaśmiał się towarzysz, poprzestając na jakimś programie rozrywkowym. – Masz już dość swojej roboty?
                - Taaaa… Czemu, cholera, nie wyznaczy do tego kogoś innego?
                - Bo tylko ty jesteś na tyle rzetelny i cierpliwy – odpowiedziała znudzona dziewczyna. – A może byś wolał, żeby zajął się tym młody, co? – Zagadnęła drwiąco.
                - Zgłupiałaś? – Zawarczał. – Wyglądam ci na samobójcę?
                - Słuszna uwaga – mruknął obojętnie drugi mężczyzna. – Gdyby młody się za to wziął, zaraz byśmy wpadli…
                - I mówisz to z takim spokojem? – Jawnie sobie z nich kpiła. Ignorowali jej ton. Zawsze była opryskliwa i zadziorna. Mimo tego, potrafiła myśleć trzeźwo, szczególnie podczas wykonywania swoich zadań, więc nie mieli do niej pretensji.
                - A jak mam mówić?… Kurwa! – Wrzasnął, przełączając na inny program. Drużyna, której kibicował właśnie odpadła, więc nie miał chęci oglądać dalej.
                - Weź z niej przykład – ziewnął starszy, podnosząc się i siadając na kanapie. Chwilę później już stał i kierował się do wyjścia. – Jak masz rzucać kurwami przez ten pieprzony telewizor, to lepiej weź jakąś jebaną książkę!
                Oboje, zarówno dziewczyna, jak i chłopak, do którego była skierowana wypowiedź, wybuchli głośnym śmiechem. Jak oni uwielbiali te jego elokwentne wypowiedzi… Zwłaszcza, kiedy dotyczyły one tego, co sami mówili w podobny sposób. Cóż więc dziwnego, że nikt z domowników nie słuchał tego typu rad?
                - Skarbie... – zaczął ten drugi, kiedy ich współlokator opuścił pokój.
                - Nie nazywaj mnie tak, kochanie – odpowiedziała ironią, na którą oboje zachichotali.
                - Nie sądzisz, że o ile, jak to nasz drogi „przyjaciel” ładnie określił „te skretyniałe mendy” nam nie zagrażają, to już ci…
                - Nie – ucięła krótko, podnosząc się z fotela.
                - Patrzysz na to chyba zbyt optymistycznie…
                - Nawet jeśli jakimś cudem wpadną na nasz ślad, nigdzie nie ma dowodów. Nic na mnie udowodnią. – Dodała wyniośle. – A ci, którzy mogli by poręczyć o naszych winach… Gryzą już piach – dokończyła z przebiegłym, zadziornym uśmieszkiem na twarzy, nim wyszła.
                - I właśnie za takie podejście cię lubię, skarbie – mruknął do siebie młody mężczyzna, powracając do skakania po kanałach telewizyjnych.

                Młodzieniec przeciągnął się na łóżku, wyginając się przy tym swe ciało niczym kot. Ziewnął cicho. Powoli zsunął się z mebla, a następnie zaczął zakładać swoje ubrania. Ciemność panująca w pokoju, nie ułatwiała mu tego zadania, jednak nie zapalał światła. Pamiętał, co się stało, kiedy zrobił tak za pierwszym razem. Najpierw były wrzaski, następnie narzekanie, głupie komentarze, a wszystko to uwieńczyło piękne zakończenie, jakim było wyrzucenie go nago z pokoju, a zaraz za nim – jego ubrań. Od tamtej pory, za każdym razem wolał po omacku szukać na ziemi swojego odzienia.
                - Już idziesz? – Cichy pomruk wydobył się z drugiego końca łóżka. Potwierdził to krótkim „tak”. – Zamknij za sobą drzwi.
                Nie odpowiedział. Kiedy tylko skończył się ubierać, wyszedł, czyniąc jak mu kazano. Już dawno przywykł do takiego traktowania. Czasami sam się sobie dziwił, że mu ono nie przeszkadzało. Jak widać, ludzie bywają różni…
                Ze znudzeniem, potarganymi włosami i w koszuli wywróconej na lewą stronę, szedł długim, ciemnym korytarzem. Nikt się nigdy nie kwapił, by nocami zapalać tu światło. No i – nikomu też nie przeszkadzał jego brak. Wsłuchiwał się w monotonne uderzenia deszczu o szyby. Raz na jakiś czas błyskawice rozświetlały mu drogę.
                Powoli zszedł na pierwsze piętro, kierując się do swojego pokoju. Tam usiadł na szerokim parapecie, otworzył okno i począł wpatrywać się w niebo. Chłodne powietrze orzeźwiało jego ciało. Koiło. Deszcz odgrywał piękną pieśń, bębniąc raz po raz to w dach, to w rynnę, to w szyby, czy ulicę, a chłopak siedział, słuchał i podziwiał. Nie był senny. Nie dzisiaj.
                Trans, w który wpadł, został gwałtownie przerwany przez walenie w drzwi prowadzące do jego pokoju. Obrócił się w ich stronę w momencie, gdy jakaś postać wkroczyła do środka, nie czekając nawet na zaproszenie. Starszy od niego o, z tego co wiedział, cztery lata mężczyzna podszedł do niego, by następnie wyciągnąć przed siebie rękę z wielką kopertą.
                - Jak jeszcze raz, cholera, będę musiał ci to doręczać, to przysięgam, że sam cię za to zabiję! – Krzyknął zarazem na przywitanie jak i pożegnanie jeden ze współlokatorów, po czym, szybkim krokiem, opuścił pokój.
                Chłopak spojrzał na wciśniętą mu w ręce kopertę. Odpieczętował i zajrzał do środka. Kolejne błyskawice rozświetliły zdjęcie jego nowego celu.