Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sweet Innocence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sweet Innocence. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 września 2012

XIII "Sweet Innocence" - rozdział 5 "Gwałt"

- Puść mnie  warknął Dei, ponownie próbując się oswobodzić. 
Czerwone oczy wpatrywały się w niego intensywnie, a sharingan znajdujący się w nich przerażał bardziej, niż najgorsze groźby, jakie można było wypowiedzieć. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co Itachi potrafi nim uczynić. Nawet nie próbował sobie wyobrażać do czego może być zdolny założyciel klanu Uchiha. Drżał na całym ciele, nie wiedząc, co właściwie roi się w umyśle bruneta. 
W tej chwili całe otoczenie zdawało się nie istnieć. Byli tylko oni oraz przenikliwy strach, kumulujący się z każdą kolejną mijającą sekundą. 
Madara stał spokojnie, obserwując jego reakcje. Były tak rozkoszne, tak wspaniałe! Przerażenie chłopaka bawiło go, sprawiając przy tym, iż pragnął więcej i więcej. Chciał, żeby blondyn się bał, żeby pamiętał ten strach i wiedział, co go czeka, kiedy po raz kolejny będzie zamierzał się mu sprzeciwić, skrytykować, czy choćby pokazać oznaki niechęci w stosunku do niego. 
Zamierzał pozostawić w jego pamięci trwały ślad. Mocno odciśnięty. Strach, ból, smutek, rozpacz... To emocje, które zapamięta na długo. Bardzo długo. 
Przytrzymał blondyna, pochylając się ku niemu. Językiem powiódł najpierw wzdłuż policzka, potem stopniowo schodził w dół. Błądził nim po żuchwie, następnie schodząc na szyję, którą przyozdobił kilkoma malinkami. Czuł cały czas, jak chłopak się trzęsie, wyraźnie starając się zrozumieć, do czego to wszystko prowadzi. Choć i tak zapewne zdawał sobie z tego doskonale sprawę… Nawet jeśli nie chciał dopuścić do siebie tych myśli. 
Ironiczny uśmiech ozdobił twarz Uchiha, kiedy tylko te myśli wpłynęły do jego umysłu. Zachichotał cicho. 
- Puszczaj mnie  krzyknął już rozeźlony Deidara, tym razem szarpiąc się dużo mocniej. 
Madara parsknął śmiechem, odsuwając się od niego na krok i prostując. Podniósł jedną dłoń i oparł o pień tuż przy głowie artysty. Mrużąc oczy, wpatrywał się w niego z zadowoleniem zmieszanym z kpiną. Drugą ręką podparł się pod bokiem i stał tak spokojnie. 
- Proszę – rzekł w końcu. – Spełniłem twoją prośbę. – Zaśmiał się ponownie. 
Sharingan w jego oczach błyszczał niebezpiecznie szkarłatem. Czekał, aż blondyn się ruszy, odsunie od niego i ponownie pobiegnie w stronę lasu, chcąc uciec od niego jak najdalej. Nie zrobił tego. Nawet nie drgnął. 
A Madara doskonale zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego tak się dzieje. 
- Co jest? Nie uciekasz? Zadrwił, samemu także się nie poruszając. 
Czekał kilka chwil na jakąkolwiek reakcję, która nie nastąpiła. Nie miała prawa. Pochylił się ponownie nad blondynem.
- Czyżbyś jednak chciał ze mną zostać, Dei?  Ponętny głos, mimo iż był to szept, wywołał drżenie w chłopaku.  Więc może mnie pocałujesz? 
Jak na zawołanie Deidara zrobił krok naprzód i pocałował Madarę, delikatnie, pozwalając aby to on nad nim zapanował. 
Uchiha bez zastanowienia pogłębił pocałunek, zatapiając się w słodkich ustach, których dolną wargę nagryzł po kilku sekundach, by od razu zassać i oblizać zwinnym językiem. 
Mała, posłuszna laleczka. Właśnie taka, jaka była mu teraz potrzebna. 
Co z tego, że robiła wszystko wbrew sobie?
W tej samej chwili w umyśle blondyna myśli dosłownie szalały. Panował tam chaos, nad którym w żaden sposób nie potrafił zapanować. To wszystko, co właśnie się działo, to, co robił, co mówił Madara On nad tym nie panował. Nie panował także nad sobą, kiedy zaczął się z brunetem całować. Jego ciało samo się poruszało, samo także po zakończonym pocałunku wtuliło się w Uchiha, obejmując go ciasno ramionami. 
Nie rozumiał co się dzieje. Przecież on nigdy tak by się nie zachował! Chciał uciekać, ale nie mógł. Chciał krzyczeć, ale słowa grzęzły mu w gardle. Chciał się odsunąć, ale zamiast tego jedynie mocniej wtulił się w Madarę. 
- Podoba ci się to, Dei?  Spytał, ponownie lekko popychając go na drzewo.
Uchylił usta, aby krzyknąć NIE!, jednak zamiast tego kiwnął nieznacznie głową. 
Brunet uśmiechnął się i znów przyssał do skóry na szyi blondyna. Wodził po niej językiem, rękoma rozpinając i zsuwając czarny płaszcz z ramion chłopaka. Następnie pozwolił sobie na wsunięcie dłoni pod koszulkę Deidary, który jęknął cicho, czując zimne dłonie na rozgrzanej już skórze. 
Zaklął w myślach, gorączkowo się zastanawiając, co się z nim dzieje. Jednocześnie uniósł nieco głowę, ponownie złączając usta z ustami Uchiha, który wpatrywał się w niego z pożądaniem. 
Nieświadomie położył dłonie na jego plecach, gładząc je delikatnie. 
Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, iż w oczach bruneta cały czas błyszczy krwista czerwień. 
Madara odsunął od siebie blondyna i parsknął kpiąco. 
- Wreszcie się zorientowałeś?  Spytał z niekrytą drwiną.
Nie czekał na odpowiedź, która i tak by nie nastąpiła. Nie bez jego ingerencji ani zezwolenia. A tego drugiego nie zamierzał podarować Deidarze. Wiedział, że blondyn, niezadowolony z tego wszystkiego zacząłby się zaraz burzyć i krzyczeć, a Madara nie miał chęci słuchać jego wrzasków. Już dosyć się nasłuchał. 
Chwycił za dół czarnej bluzki i podciągnął ją. Z pomocą sharingana nakazał chłopakowi podnieść ręce. Dzięki temu szybko i sprawnie pozbył się zbędnego materiału, odkrywając zarazem dla siebie nowe możliwości. 
Pochylony, zassał się na jednym z sutków, drugim bawiąc się dłonią. Nagryzał i lizał go, bawiąc się nadal młodym ciałem. 
- Jesteś naprawdę smaczny, wiesz o tym?  Mruknął, kiedy ponownie się wyprostował. Ale nudzi mnie już ta zabawa dodał, a wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił. Oczy stały się zimne, lodowate, a uśmiech pogardliwy i okrutny. 
Pogłaskał go po głowie, jak grzeczne zwierzątko, następnie samą myślą nakazując obrócić się przodem do drzewa. Rozkaz od razu został wykonany.
Madara przylgnął do pleców blondyna i pogłaskał go po nich delikatnie, dłoń zsuwając coraz niżej, aż dotarł do krawędzi spodni. Wtedy pochylił się do jego ucha, ponownie nagryzając małżowinę i oblizując ją. Zamruczał zmysłowo. 
- Wiesz  - szepnął cicho, ostrzegawczo.  Nie zamierzam być tak delikatny, jak Sasori. 
Poczuł, jak blondyn gwałtownie drgnął, słysząc imię zmarłego partnera. O to chodziło. O emocje, które będą go przepełniać. O ból, jaki będzie czuł. 
- Musisz tylko wreszcie zapamiętać jedno dodał, jakby się zamyślając. 
Dłońmi zsunął spodnie blondyna w dół i ścisnął jego pośladki, wbijając paznokcie w skórę. 
- Mianowicie to, że mała, pieprzona laleczka, już dawno zmieniła właściciela i powinna wreszcie zacząć być mu posłuszna  rzekł gniewnie, pochylając się i nagryzając skórę na karku aż do krwi. 
Zlizał posokę, oblizując usta i drwiąc nadal z przerażonego chłopaka, który w tej chwili zaciskał mocno powieki i klął w myślach raz za razem ze swojej niemocy. Nie mógł nic zrobić, w żaden sposób się bronić przed napastnikiem, robiącym z nim, co mu się żywnie podobało. 
Uchiha zsunął z bioder swoje spodnie i ponownie wtulił się w plecy blondyna. Jego erekcja pulsowała już ze zniecierpliwienia. 
Uśmiechnął się tylko złośliwie i wszedł w chłopca, pozwalając mu na głośny, przeszywający, pełen bólu krzyk. Cofnął się i ponownie wsunął, tym razem do samego końca. Zamruczał z zadowoleniem.
Upajał się chwilę cichymi jękami oraz szlochem, jakie wydawał blondyn z powodu tak brutalnego wtargnięcia do jego ciała. Ciasnego ciała. Oblizał wargi, zaczynając się poruszać. Wolno, rytmicznie, wychodząc niemal cały i ponownie wsuwając się do końca, zadając jak najwięcej bólu spowodowanego tarciem o zaciśnięte mięśnie.
Odchylił głowę blondyna nieco w tył i włożył w jego usta dwa palce.
- Ssij – polecił, gwałtowniej w niego wchodząc, czemu towarzyszył głośny jęk.
Deidara, o dziwo wykonywał grzecznie polecone mu zadanie, co tylko podniecało bardziej Uchiha, coraz szybciej poruszającego się w jego wnętrzu. Nie dbał o to, czy blondynowi będzie dobrze, ba, chciał, aby ten gwałt wspominał jak najgorzej, żeby pamiętał, co przeżył, co go czeka, jeżeli jeszcze raz, kiedykolwiek spróbuje się zbuntować.
Z chwili na chwilę jego ruchy przyspieszały, nabierając coraz większego tępa i przybierając na intensywności. Kakofonia jęków i westchnień wydobywała się z gardeł jednego i drugiego. W końcu ruchy Madary całkiem straciły rytm, kiedy czuł, że już jest bliski spełnienia.
Doszedł, wzdychając z zadowoleniem. Od razu wysunął się z ciała blondyna i pocałował go w kark w parodii czułości.
- Naprawdę jesteś cudowną laleczką – rzekł, obracając go przodem do siebie i wpijając się w miękkie usta, miażdżąc je w namiętnym pocałunku. – I bardzo posłuszną – dodał z chichotem.
Odsunął Deidarę od siebie, przyglądając się mu z triumfem. Chłopak zachwiał się, oparł plecami o drzewo i podniósł głowę, od razu orientując, że wreszcie odzyskał panowanie nad własnym ciałem. Zmrużył oczy z nienawiścią, którą obdarzył Uchiha. Na usta cisnęło mu się w tym momencie wiele słów, jednak żadnego nie wypowiedział, obawiając się o ponowną utratę woli.
- Słodka, grzeczna kukiełka – zaśmiał się Madara.
Blondyn prychnął, nie odpowiadając na drwinę. Zamrugał szybko. Świat wokół niego zaczął się rozpływać. Zamazywać. Madara… Drzewa wokół niego… Nawet on sam, kiedy spojrzał na swoje uniesione przed sobą dłonie. Wszystko nagle traciło na ostrości.
W jednej chwili przestał czuć drzewo za plecami. Przestał także odczuwać ból pulsujący w dole pleców. Zamiast tego poczuł, że na czymś siedzi, a jedyny ból, jaki odczuwał dochodził od szczęki.
Zamrugał szybko. Przed nim, kilka metrów dalej stał Tobi, nadal w swojej masce. Sam Deidara zaś siedział na trawie, tak jak upadł zaraz po uderzeniu w szczękę.
Rozejrzał się z niezrozumieniem po otoczeniu.
- Podobało ci się?
Zadrżał, na dźwięk mocnego, męskiego głosu, od razu patrząc na swego partnera, podnoszącego maskę tak, aby odsłonić swoją twarz. Madara wpatrywał się w niego z lodowatym uśmiechem. Jawnie sobie z chłopaka drwił.
- Spokojnie, Dei – zrobił dwa kroki w stronę zdziwionego blondynka i kucnął tuż przed nim. – To było tylko moje jutsu – poinformował go, wyciągając dłoń i delikatnie dotykając jasnych pasem, opadających na twarz Deidary.
Przechylił głowę nieco w bok.
- Ale przez to jutsu, naprawdę się podnieciłem, wiesz? – Spytał tonem ciekawskiego dziecka. – Więc za chwilę poczujesz to wszystko, ale tym razem realnie.

XIII "Sweet Innocence" - rozdział 4 "Furia"

Wyruszyli. Kolejna męka, kolejne monologi. Po raz kolejny słowa jedno po drugim wręcz wypływały z ust Uchiha. Swymi wesołymi świergotami pragnął w jakiś sposób rozbawić Deia. Zaledwie kilka dni temu niemal sprawił, że chłopak się do niego przekonał, ale nie! Ten debil, nazywający sam siebie „nieśmiertelnym wyznawcą Jashina” musiał się wpieprzyć i wszystko zepsuć!
Tamtego dnia Madara wrócił do pokoju wściekły. Ledwo się powstrzymał, by nie ryknąć na Hidana. Ten pajac może sam sobie bazgrać te swoje pieprzone znaczki po ścianach własnego pokoju, a on chce się „bawić” z artystą! Zrezygnował jednak z tego, pomknąwszy na kolejną, szykującą się misję.
Zaraz po opuszczeniu kryjówki uznał, że może jednak nie będzie tak źle jak ostatnio. Chłopaczek nie wyglądał tym razem na aż tak zniechęconego.
Po raz kolejny go testował. Gadał od rzeczy, będąc ciekawym ile tym razem wytrzyma. Musiał przyznać – Deidara trzymał się dzielnie. Nie okazywał złości, choć „Tobi” starał się o to już od dobrych czterech godzin.
Gęsty las, przez który brnęli już od jakiegoś czasu nadal się nie przerzedzał. Nim weń wkroczyli, młodszy z towarzyszy zaproponował, by skrócić sobie tędy drogę. Madara nie oponował.  Zgodził się chętnie, choć miał wrażenie, że dzieciak ma w tym ukryty interes.
Przechodząc przez niewielką polankę, otoczoną drzewkami, idealną na nocleg, Deidara westchnął ciężko. Rozglądał się uważnie. Zdjął na chwilę sakkat. Wpatrywał się w drzewko, przed którym przystanął. Wspominał. To tutaj przysnął, kiedy wracali kilka lat temu z Sasorim z tej głupiej imitacji misji, na którą wysłał ich Pain. To tutaj wyznał lalkarzowi, że boi się Hidana i tutaj obudził się z ukochanym śpiącym na jego ramieniu.
Poczuł ukłucie w sercu na te wspomnienia. Jakże chciałby, aby misja w Sunie w ogóle nie miała miejsca! Nie użerałby się z Tobim, a tulił do ukochanego, przy innych udając, że wciąż się kłócą. Wypominałby mu teraz wspominane przed sekundą chwile wiedząc, że Sasori udawałby, iż tak nie było, a w duchu cieszyłby się, że dzieciak wciąż o tym pamięta.
- Coś nie tak, senpai? – Usłyszał współczucie w głosie Tobiego. Chciał się do niego odwrócić, ale poczuł, jak „chłopiec” go obejmuje. – Czemu jesteś taki smutny, senpai?
Artysta szybko odepchnął od siebie towarzysza. Wściekłość na jego twarzy była wystarczająco widoczna. Madarę jednak bardziej zainteresowały delikatne rumieńce, którymi tamten się oblał. Ironiczny uśmiech pojawił się na jego twarzy, jak zawsze niezauważalny pod maską.
„A jednak!” – Przemknęło mu przez myśl.
- Senpai? – Spytał z nadal udawanym współczuciem.
- Nie twoja sprawa, hm. – Burknął niedbale. Nałożył sakkat na głowę i ruszył w dalszą drogę, nie mając najmniejszej chęci kontynuować tematu.
Nie czekał na towarzysza. Miał nadzieję, że go zgubi, że więcej nie zobaczy. Teraz miał przemożną ochotę zostawić go lub też samemu zabić. Drażniło go zachowanie Tobiego. Miał już go dość. Paplanie mógł znieść, ale nie głupie żarty! Nie żarty z jego uczuć!
Prychnął pod nosem, nadymając bardziej policzki. Jego irytacja rosła z każdą sekundą, w której myślał o wybryku partnera.
- Zaczekaj, senpai! – Wrzeszczał, biegnąc za nim.
Dei jednak się nie zatrzymywał. Co więcej – przyspieszył kroku. Potrzebował pobyć przez chwilę sam, by się wyciszyć, uspokoić i ukoić myśli.
- Deidara-senpai?
Tobi zerknął na niego podejrzliwie, kiedy zrównał się z młodszym od siebie chłopakiem. Nie usłyszawszy odpowiedzi, szedł w milczeniu. Ponownie postanowił się odezwać po dobrych dziesięciu minutach, powracając do swych wiecznych monologów. W jakiś sposób artysta dobrze to przyjął. Słowa towarzysza jednym uchem mu wlatywały. Drugim wylatywały.
Cała misja obyłaby się zapewne bez większych zgrzytów, gdyby trzeciego dnia marszu Tobi nie rozpoczął nad wyraz drażliwego tematu. I nie chodziło tu w żadnym wypadku o sztukę.

- … no i interesował się tylko tymi lalkami. – Dodał Uchiha, jakby to była największa głupota świata. – Ktoś taki musiał być kompletnym świrem, nie sądzisz, senpai? – Dodał radośnie, czekając na potwierdzenie.
- Przestań, hm. – Warknął Deidara, starając się panować nad sobą.
- Ale taka przecież prawda, senpai – zapiał Tobi. – On zawsze pokazywał, że chce rządzić. Ciągle pokazywał, że nikt mu nie jest potrzebny i wszystkich ma gdzieś. – Zamyślił się. – Ciebie źle traktował. Cały czas mówił, że nie chce być twoim partnerem, bo sobie sam poradzi! - Na chwilę przerwał, spoglądając w korony drzew. – A tak naprawdę patrzył cały czas, czy inni widzą, że ich olewa, by wiedzieli, jaki to on nie jest. – Zaśmiał się. – Jak taki głupek, no nie, senpai? – Roześmiał się radośnie.
- Zamknij się, hm. – Wysyczał przez zaciśnięte zęby. Zacisnął pięści w gniewie, jaki go ogarniał.
- Co innego ty, senpai! – Krzyknął weselej. – Ty jesteś miły dla innych. – Zastanowił się chwilę. – No, może poza momentami, kiedy chcesz udowodnić, że jesteś silniejszy od pozostałych. – Zachichotał. – Wtedy hałasujesz i niszczysz wszystko, no nie, senpai? – Spytał na koniec.
Odwrócił się, zauważając, że Deidara stoi w miejscu kawałek za nim. Uśmiechnął się z satysfakcją, widząc jak kipi z wściekłości. A jednak dał radę doprowadzić go do wściekłości.
- Dlatego uważam, że Sasori zasługuje na to, co się z nim stało – dodał. – Pasuje do tych swoich drewniaków, więc…
- ZAMKNIJ SIĘ W KOŃCU! – Ryknął na całe gardło partner Uchiha. – NIE MASZ PRAWA NIC O NIM MÓWIĆ, HM! NIC O NIM NIE WIESZ I NIC NIE WIESZ O MNIE, HM!
Krzyczał ogarnięty rozpaczą, która ponownie w nim wezbrała. Gorzkie słowa, jakie zostały wypowiedziane na temat lalkarza zabolały. Sam nigdy tak o nim nie myślał, dlatego nie pozwoli, by w taki sposób bezczeszczono pamięć jego zmarłego mistrza.
– JESTEŚ TYLKO GŁUPIM IDIOTĄ, KTÓRY JAKIMŚ PIEPRZONYM SPOSOBEM ZOSTAŁ DOPUSZCZONY DO AKATSUKI! PAIN MUSIAŁ BYĆ CHYBA NA CHAJU, KIEDY CIĘ PRZYJMOWAŁ, BO TAKIEGO GNOJKA JAK TY, NIKT PRZY ZDRWYCH ZMYSŁACH BY NIE WZIĄŁ DO ORGANIZACJI!
Przez chwilę Deidara stał, dysząc jeszcze ze złości i obserwując oniemiałego Uchiha.
Madara był zadowolony. Chciał, by chłopak się wściekł i okazał złość, jednak w jego mniemaniu, dzieciak posunął się za daleko. Uśmiechnął się ironicznie. Nie puści płazem tych słów.
Nie bacząc już na to, co się stanie, uruchomił sharringana. „Chyba czas się przedstawić” – pomyślał.
- Ach… - Zaczął spokojnie, już swoim normalnym głosem. – Więc według ciebie jestem tylko „gówniarzem” i „głupim idiotą”? – Spytał przyglądając mu się z zainteresowaniem. Dreszcze, które przeszły chłopaka, nie uszły jego uwadze.
Zrobił dwa kroki, zarazem zbliżając się do Deidary na odległość około pół metra. Szybkim ruchem uderzył pięścią w jego żuchwę. Siła, jakiej użył sprawiła, że kości niebezpiecznie zagruchotały, a jego partner padł na ziemię, zdezorientowany. Po chwili jednak spojrzał na „Tobiego” ze strachem, a dostrzegając sharringana zatrząsł się.
Madara stał spokojnie, przyglądając się chłopakowi, który po chwili zreflektował się i szybko wstając, począł uciekać w głąb lasu. Uchiha zaśmiał się jedynie. To jedno spojrzenie wystarczyło, by schwytał dzieciaka w swoje genjutsu.
Niespiesznie ruszył z miejsca, krocząc w kierunku, w którym znikła blond czupryna. Sam przed sobą przyznał, że ta zabawa w kotka i myszkę może dodać jedynie smaku temu, co ma zamiar zrobić. Zdecydowanie zbyt długo się powstrzymywał. Z drugiej strony, gdyby od razu pokazał Deidarze, kim jest, niekoniecznie wszystko poszłoby po jego myśli. A przecież jego plany nigdy nie mogą posiadać skazy!
Zaledwie po kilku minutach dostrzegł go, ukrywającego się za jednym z konarów drzew. Kryjówka nie była jedną z najlepszych, gdyż płaszcz było widać z daleka. Pomimo zapadającego zmroku, w lesie nadal było dość widno, a ciemny płaszcz był aż nadto widoczny pośród zieleni.
Doskoczył do niego i siłą pociągnął za rękaw, rzucając nim w drzewo po przeciwnej stronie. Dei uderzył w nie głową. Jęknął cicho i spojrzał na Uchiha otępiale. Wyglądał, jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Zamglone oczy sprawiły, że Madara oblizał językiem swoje wargi.
Jedną ręką przyparł chłopaka do drzewa, a drugą sięgnął do swojej maski. Powoli ściągnął ją i puścił pozwalając, by upadła na ziemię tuż obok nich.
Uśmiechnął się, patrząc zmysłowo na młodszego od siebie. Jego strach, oraz szok, jakiego doznał, widząc prawdziwe oblicze osoby, którą uważał za kompletnego idiotę, sprawiły, że stał osłupiały.
Madara pochylił się ku niemu i wyszeptał mu cicho do ucha:
- W tej chwili wyglądasz bardzo smakowicie, senpai. – Po tych słowach zamruczał zmysłowo i nagryzł delikatnie jego ucho.
Dei zadrżał, słysząc to. Musiał teraz przyznać, nigdy nie spodziewałby się takiego obrotu spraw. A tym bardziej sytuacji, w jakiej właśnie się znalazł. Nadal był nieco oszołomiony. Nie do końca mógł zrozumieć znaczenie wypowiedzianych przez Madarę słów. Dopiero pocałunek, złożony na jego ustach sprawił, że obudził się z tego amoku.
Szarpnął, chcąc wyrwać się z uścisku, co sprawiło, że mężczyzna jedynie naparł na niego mocniej.
- Nic z tego, Dei – zachichotał. – Poniesiesz konsekwencje tego, co powiedziałeś.

XIII "Sweet Innocence" - rozdział 3 "Wybuch"

Po otrzymaniu nowej misji Deidara nie był zachwycony – przeciwnie! Niemniej jednak następnego dnia – według rozkazów – wyruszył wraz z „dobrym chłopcem” do Kraju Fal. Mieli przejąć jakiś ważny klejnot dla Peina. Po co i dlaczego? – Nie zostało im wyjaśnione.
Podróż dłużyła się niemiłosiernie, zwłaszcza „senpai’owi”, który zaciskał zęby, by utrzymywać swe nerwy na wodzy. Ponownie został skazany na tego cholernego idiotę, który piszczał mu nad uchem, wrzeszczał, że go kocha i tulił mocno, za każdym razem, kiedy wokół było mnóstwo ludzi.
Ta misja była dla artysty jedną, wielką męką. Wolałby zostać żywcem pochowany, niż musieć iść gdzieś ponownie z tym młotem.
Był cierpliwy. Starał się. Wciąż i wciąż powtarzał w myślach, iż musi to znieść, że wyżyje się już, kiedy wrócą do kryjówki. Wówczas urwie się na pół dnia, zaszyje gdzieś z dala od pozostałych członków Akatsuki i zmiecie z powierzchni ziemi tyle otoczenia, ile będzie znajdowało się w zasięgu jego wzroku, póki nie poczuje się lepiej i nie odreaguje całej frustracji.
Naprawdę miał nadzieję, że wytrzyma.
Nie wytrzymał…

- Ty pieprznięty, skończony debilu, hm! Mrówka jest od ciebie sto razy mądrzejsza! To drzewo – wskazał na blisko stojący pień – ma od ciebie więcej rozumu! CZEMU TY, KURWA MAĆ, MUSISZ SIĘ ZACHOWYWAĆ JAK SKOŃCZONY KRETYN, HM?!
Tobi stał jak słup soli, wysłuchując wybuchu chłopaka. Westchnął w duchu. Udawał, że z uwagą się w niego wpatruje. Zaczął się zastanawiać. Może rzeczywiście pocałowanie Deidary w samym środku centrum miasta, ba! Na scenie, na którą go wyciągnął, krzycząc, że będą się dobrze bawić podczas tańca z innymi, było przesadą?
Kilka chwil kontemplował ową myśl, czekając zarazem, aż jego partner przestanie krzyczeć.
Nie… - Uznał po chwili. Wszakże stać go na dużo ciekawsze sceny niż niewinny pocałunek w policzek. Więc czemu blondynek tak się uniósł? Chyba ostatnio zbyt często go prowokował i wystawiał jego cierpliwość na nadzwyczaj ciężką próbę. Jak by nie patrzeć – podczas ich pierwszej wspólnej misji nie pozorował aż takiego głupka.
- Słuchasz ty mnie w ogóle?! – Usłyszał pytanie po krótkiej chwili ciszy.
- Tobi jest dobry chłopiec! – Pisnął, w myślach klnąc, że zgrywa takiego debila. Z drugiej strony, chłopak nie powinien się dowiedzieć, kim jest „dobry chłopiec. – Tobi nie chciał zdenerwować Deidary-senpaia! Tobi przeprasza! – Wykrzyczał pokornie, tuląc się do towarzysza, który począł wyrywać się z jego uścisku.
- Spieprzaj, hm – Warknął wściekle, odpychając od siebie bruneta. Nie miał chęci nawet na niego patrzeć. Niech zniknie! Utopi się! Odejdzie i więcej nie wraca!
-Ale senpai… - Jęknął brunet, podążając za nim. Jego jęki jednak niewiele zdziałały. Do końca dnia blondyn boczył się na niego, ostentacyjnie pokazując, jak bardzo nim gardzi.

Misja w końcu się skończyła. Młody artysta powitał to z wielką ulgą. Złożył szybko raport, a następnie zamknął się w swoim pokoju. Nie miał zamiaru z kimkolwiek rozmawiać. W drodze zdziwił się jednak, kiedy Itachi zaczepił go dopytując o misję. Blondyn ponarzekał mu przez chwilę. Skończył rozmowę, mówiąc, iż pragnie wyspać się porządnie. W kilka sekund później zniknął za drzwiami swego pokoju.
Wreszcie błogosławiona oaza spokoju!
Rzucił się na łóżko. Było tak przyjemnie miękkie i chłodne. Wtulił się w pościel, przyrzekając sobie, iż cokolwiek się stanie – nie podniesie tyłka do następnego ranka.

- Gdzie się wybierasz, Madara? – Spytał mężczyznę Itachi z niewinnym zainteresowaniem. Opierał się o jedną z białych ścian, z odpadającą farbą i tynkiem. Korytarze były w organizacji obskurne. Czemu nikt nic z tym nie robił?
Starszy Uchiha uśmiechnął się obłudnie, spoglądając uważnie na swego potomka. Mówiąc szczerze – nie spodziewał się Itachiego na drodze do pokoju małego artysty. Zaciekawił go ten fakt. Czyżby i on był zainteresowany tym dzieciakiem? Zachichotał cicho. Nie! Zdecydowanie nie. Dobrze wiedział o jego romansie z Peinem.
- A ciebie cóż to interesuje? – Spokojnie zadał pytanie. Choć pozował na zadowolonego z siebie, w duchu trząsł się z wściekłości.
- Jeśli idziesz do Deia, to zrób w tył zwrot – Odpowiedział tym samym tonem.
Madara uniósł nieco brwi. Że niby co? Ten gówniarz śmie mu rozkazywać!? Zdziwił się jeszcze bardziej, widząc aktywny sharingan w oczach chłopaka. Warknął wściekle.
- Czy ty masz zamiar ZE MNĄ walczyć? – Jego słowa ociekały gniewem i irytacją. Przez chwilę dźwięczały w uszach nastolatka, zawzięcie się w niego wpatrującego.
- Powiedziałem. – Warknął chłopak. – Wracaj do siebie!
Wyciągnął shuriken, gotów zaatakować. W duchu klął na przysięgę złożoną przed laty Sasoriemu. Nie mniej – słowo się rzekło. Dostał, czego chciał, a teraz sam musiał zwrócić dłóg.
Madara patrzył przez krótką chwilę w jego oczy. Wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu. Odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku. Odgłos jego głuchych kroków toczył się po korytarzu. Uśmiechał się sam do siebie. Nie miał zamiaru odpuścić. Itachi nie może cały czas strzec dzieciaka!

Wraz z mijającymi dniami irytacja rosła. Tym razem jednak u Madary. Na wszelkie możliwe sposoby próbował dotrzeć do blondyna, jednak za każdym razem przyglądały mu się uważnie szkarłatnoczerwone ślepia członka jego klanu. Rzucał mu wówczas pogardliwe spojrzenia, a jako Tobi prosił, by Deidara podszedł i się z nim pobawił.
Któregoś dnia, kiedy namawiał go na wspólne kolorowanie rysunków, chłopak spojrzał na niego wymownie. Niemniej – już wstawał, by wspólnie oddać się jakiemuś bardziej twórczemu zajęciu, niż sączenie już niemal zimnej kawy, napotkał jednak przeszkodę. Hidan, słysząc owo zaproszenie, momentalnie doskoczył do bruneta, zasiadając obok i samemu biorąc w łapy kredki. Nie minęła chwila, a sunął nimi po kartkach, wrzeszcząc radośnie, iż robi to w imię Jashina.
Deidara warknął coś pod nosem, mordując wzrokiem Jashinistę. Prawdę mówiąc – „zabawa”, którą zaproponował mu „dobry chłopiec” była pierwszą ciekawą propozycją, jaką kiedykolwiek od niego usłyszał. Musiał sam przed sobą przyznać, iż żałował, że Hidan przeszkodził mu w tym interesującym zajęciu. Wzrokiem wyłowił jeszcze karcące Tobiego spojrzenie Itachiego.
Zastanawiał się chwilę, o co może chodzić, jednak po chwili namysłu uznał, że woli nie wtykać nos do ich spraw. Kto wie, co oni tam wspólnie wyczyniają?
Zrezygnowany wstał i wrócił do swego pokoju.
Dwa dni później z wrzaskiem, który było słychać w całej kryjówce oraz na pobliskich terenach, przyjął zlecenie na kolejną misję, na którą kazano jemu i Tobiemu ruszyć z samego rana.

XIII "Sweet Innocence" - rozdział 2 "Gniew"



- Zatem jak minęła misja? – Spytał w końcu rudzielec, uśmiechając się kpiąco. Zastanawiał się jaka będzie reakcja nowych partnerów. Zwłaszcza „starszego”, zdecydowanie niezadowolonego blondyna.
- Tobi wykonał misje! – Krzyknął wesoło brunet, wstając gwałtownie i wymachując dłońmi ponad swą głową. – Tobi jest wspaniały! Cudowny! Tobi to geniusz! – Krzyczał dalej, pokazując gest Victorii Peinowi.
Ten starał się to ignorować, pamiętając kim tak naprawdę jest ów brunet. Pamiętał dane mu rozkazy. Nie miał ochoty się narażać. Ukradkiem zerknął na Deidarę, który już niemal się gotował z wściekłości.
Trzy… Dwa… Jeden…
- Cholera Tobi! – Wrzasnął blondyn, gwałtownie zrywając się na nogi. Chwycił partnera za ramię i siłą nakazał ponownie siąść tyłkiem na krześle. – Zacznij się zachowywać jak prawdziwy członek Akatsuki, hm, ty skończony kretynie!
Dobry chłopiec zamarł. Zwiesił głowę, postanawiając się już nie odzywać. W pamięci odnotował owy wybuch, podobnie jak każdy inny w ciągu ostatniego tygodnia. Zabawne, że w czasie misji chłopak nie wściekł się tak, jak w tej chwili. Czyżby to sprawa faktu, iż nie są teraz sami, a z przełożonym? Uśmiechnął się, czego dwaj pozostali, z powodu maski, dostrzec nie mogli.
Jego partner w tym czasie zasiadł ponownie na swym krześle, z miną obrażonego dworzanina.
- Jak widzę, wasza współpraca nie układa się najlepiej – rzekł oficjalnym tonem Pein. – To mnie nie zadowala. – Dodał groźnie.
- Gdyby on nie miał orzeszka zamiast mózgu – zaczął blondyn, wskazując palcem bruneta – nie było by problemu, hm!
- Ale to przecież Deidara – senpai jest blondynką – rzekł spokojnie Tobi, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. – Tobi to dobry chłopiec – dodał pogodnie.
Chłopaka doznał szoku. Patrzył szeroko otwartymi oczami na siedzącego obok i nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Bo przecież… Zaraz… JAK TEN BACHOR ŚMIE GO TAK OBRAŻAĆ?! JAK W OGÓLE OŚMIELA SIĘ MÓWIĆ COŚ TAKIEGO NA JEGO TEMAT?! POŻAŁUJE TEGO I TO SROGO!
- TY MAŁY, CHOLERNY… - Zaczął wrzeszczeć z wściekłością, ponownie podrywając się z krzesła.
- CISZA! – Przerwał mu Pein, zwracając uwagę na swą osobę. Domagał się respektu. Przynajmniej od jednego z nich.
Spojrzał srogo na blondyna. Ten po raz kolejny usiadł. Naburmuszony, wpatrywał się wrogo to w Peina, to w Tobiego.
- Albo będziecie się dogadywać, albo obaj wylecicie – warknął lider. – Nie stać mnie na ciągle łagodzenie waszych bezsensownych sporów. – Rzekł patrząc na Deia. – Więc albo przestaniecie, albo pożałujecie – zakończył, mrużąc oczy.
Wiedział doskonale, że Madara nie podaruje chłopakowi tych zniewag. Prędzej, czy później, to się odbije na tym dzieciaku, jeżeli dalej będzie tak postępował. Cóż… ostrzeżenie otrzymał. Reszta należy do niego.
Blondyn wyraźnie nie był tym zachwycony. Wściekły, oddał szefowi zwój, będący celem ich misji, po czym wstał, klnąc siarczyście i wyszedł z pomieszczenia. Brunet poszedł w jego ślady. Pomachał wesoło Peinowi na pożegnanie i ruszył za partnerem. Wrzeszcząc, skakał wokół niego, aż nie dotarli do pokoju blondyna. Ten wszedł do środka, zatrzaskując towarzyszowi drzwi przed nosem i głośno oznajmiając, że ma się on, ładnie rzecz ujmując, „odpierniczyć” od blondyna. Przynajmniej do kolejnej misji…

Pukanie do drzwi zbudziło śpiącego dotąd chłopaka. Zignorował je jednak. Obrócił się na drugi bok, nakrywając kołdrą i mrucząc do siebie kilka przekleństw na stojącą za drzwiami osobę. Ponowne pukanie. Głośniejsze i bardziej natarczywe. Ponownie zignorował, przyciskając poduszkę do uszu. Jeszcze raz…
Wściekły otworzył leniwie jedno oko. Zaklął. Następnie drugie. Ponownie zaklął. Znów pukanie. Zrzucił z siebie pościel. Położył na ziemi jedną nogę. Ktoś walnął kilka razy w drzwi.
- Idę, hm!
Wolno podreptał do drzwi. Podrapał się po głowie i otworzył. Przed nim stał Hidan, który widząc go w samych bokserkach i luźnej koszuli, uśmiechnął się kpiąco.
- O proszę… - zaczął lubieżnym tonem. – Widzę, że blondynka już gotowa do zabawy.
- Spierdalaj – warknął blondyn, krzyżując ręce na piersi. – Czego chcesz?
Młody mężczyzna uśmiechnął się, nachylając w stronę chłopaka.
- Ja? – Zakpił. – Chciałem tylko spytać jak minęła ci pierwsza misja ze wspaniałym, nowym partnerem – rzekł jadowicie.
Deidara zmrużył oczy. Obiecał sobie, że nie będzie gwałtownie reagował na uwagi Hidana. No i… Obiecał to także Sasoriemu.
Drgnął. Myśl o lalkarzu zakuła go w serce. Odrzucił ją jednak, nie chcąc dać jashiniście kolejnego pretekstu do szyderstw.
- Nie twoja sprawa, hm – odpowiedział oschle, opierając się o framugę. – Ale jak chcesz, mogę ci zaprezentować – dodał, uśmiechając się równie ironicznie.
- Ty mały… - zaczął warczeć przez zaciśnięte zęby, a wściekłość malowała się na jego twarzy.
- Hidan!
Obaj spojrzeli w prawo, skąd usłyszeli wołanie. W ich stronę wolno kroczył Uchiha. Obaj się skrzywili. Woleli własne kłótnie niż rozmowy z zawsze wyniosłym i nieludzko spokojnym Itachim. Oni chociaż wykazują jakieś emocje, w czasie „rozmowy”, a on? Obserwuje tylko wszystkich bez wzruszenia, jakby nic go nie dotyczyło.
- Kakuzu cie szuka – oznajmił Uchiha, kiedy zbliżył się do pozostałych członków organizacji.
Hidan zaklął siarczyście i ruszył w kierunku, skąd przybył brunet. Widać, że nie jest zadowolony faktem, że ma rozmawiać z zamaskowanym ninja.
- Jak minęła misja z Tobim? – Spytał nagle Itachi, spoglądając na Deia.
Ten tylko wytrzeszczył oczy, nie wiedząc, czemu chłopak chce się tego dowiedzieć. Co ich wszystkich nagle napadło, że o to pytają? Misja, jak misja! Nic nadzwyczajnego! Wściekał się, wrzeszczał, zdetonował w między czasie kilka swoich bomb, obraził paru ludzi…
- Zwyczajnie – warknął, marząco powrocie do łóżka.
Brunet wpatrywał się w jego oczy przez chwilę. Rozmyślał.
- Uważaj, Dei – rzedł w końcu.
- Co, hm?
- Uważaj na to, co robisz i mówisz – rzekł tajemniczo. – Bo możesz tego później srogo żałować. – To powiedziawszy ruszył przed siebie, zmierzając do własnego pokoju.
- O czym ty… - Patrzył, jak brunet oddala się z każdym krokiem. – ITACHI!
Nic to nie dało. Uchiha zniknął za rogiem, idąc w sobie tylko znanym kierunku.  Jedno trzeba było przyznać. To wszystko zaczynało się robić coraz bardziej dziwne, niepokojące. Od kiedy to Itachi, ten wyniosły, zarozumiały, nieinteresujący się nikim i niczym Uchiha, idealny morderca, nagle zaczyna komuś dawać rady?
Blondyn pokręcił głową. Nie. To się kupy nie trzymało. Poza tym – niby co on takiego nieodpowiedniego zrobił lub powiedział?  Wzruszył ramionami, zamknął drzwi i znów rzucił się na łóżko, szczelnie okrywając kołdrą.

- Tobi? – Zdziwił się Hidan, kiedy wieczorem otworzył drzwi nieproszonemu gościowi.
Brunet nigdy go nie odwiedzał, rzadko w nim rozmawiał i… Zwykle nic od niego nie chciał. Chyba że podrażnić… Ale wówczas nie przychodził wprost do jaskini lwa. Wiec o co chodziło? Nie! Ta organizacja z każdym dniem bardziej dziwaczeje! A przynajmniej osoby do niej należące i nie wyznającego jedynego i prawdziwego boga – Jashina!
- Mogę wejść, Hidan – san? – Spytał potulnie.
Jashinista z niewielkim oporem i minimalnymi chęciami wpuścił chłopaczka do środka, zamknął drzwi i spojrzał na niego. Zastanawiał się, czego ten debil chce o tej porze. W końcu było już dobrze po drugiej w nocy. Wszyscy w Akatsuki zwykle już spali o tej porze. On natomiast odprawiał swe modły, przez co kładł się znacznie później.
Uniósł brew, oczekując wyjaśnień celu wizyty.
Momentalnie został chwycony dłonią za gardło, uniesiony nad ziemię i przyszpilony do ściany. Łupnęło, kiedy poczuł uderzenie pleców o mur. Dusił się. Choć wiedział, że od tego nie umrze, przeszkadzało mu to. Nieprzyjemne uczucie.
- Co do…
Zamilkł, czując jeszcze większy uścisk na szyi. Daremnie próbował się oswobodzić. Wierzgał nogami, starając się kopnąć bruneta. Dłonie bez efektu zaciskał na palcach napastnika. Nie mógł się uwolnić.
- Czego… - Ponownie się zakrztusił.
- Masz się nie zbliżać do Deidary – warknął mocnym, męskim głosem Tobi. Przybliżył swą twarz do twarzy Hidana. – Masz przestać rzucać głupie aluzje w jego stronę. – Kontynuował.
- Że co?
- Zwłaszcza na tle seksualnym – wysyczał przez zaciśnięte zęby. Słysząc jak jashinista się dławi, ścisnął jeszcze bardziej. – Jeżeli go tkniesz – wysyczał mu na ucho, - to nawet twój pieprzony bóg ci nie pomoże.  Deidara należy do mnie.
Zakończył puszczając jego gardło. Nim chłopak wyrównał oddech i rozejrzał się po pomieszczeniu, Madary już tam nie było.
Zaklął. Co to kurwa było?!

Kolejne dni nie różniły się zbytnio od tych, sprzed pierwszej wspólnej misji nowych partnerów. Tobi wciąż biegał za Deidarą, krzycząc radośnie o przyjaźni, miłości i dobroci, jaką rzekomo powinni się nawzajem darzyć. Machał, jak to ma w zwyczaju rękoma, popisywał się przy każdej możliwej okazji i robił co tylko mógł, by towarzysz broni zwrócił na niego uwagę.
Był głośny i denerwujący.
Dei natomiast pragnął spokoju. Cichego miejsca, w którym mógłby się zaszyć i odpocząć. Nadal brakowało mu Sasoriego. Tych wspólnych kłótni o sztukę, inteligentnych rozmów, jakie ze sobą prowadzili na wszelkie tematy, jego ciała – delikatnego, ciepłego. Ramion, które go otaczały tak wiele razy, dając spokój i bezpieczeństwo. A Tobi? Nie – on nie mógłby przecież takim być! Był zwykłym, małym dzieckiem, które nie wiedziało, co ma ze sobą zrobić i z całkowitego przypadku dołączyło do Akatsuki! Tak przynajmniej się zdawało…
Z każdym kolejnym dniem niechęć artysty do Uchihy wzrastała. Miał już serdecznie dość popiskiwania nad uchem, wtrącania się w jego sprawy osobiste i traktowania go jakby był małą dziewczynką. Każda zaczepka od strony któregokolwiek z członków „Brzasku” otrzymywała ciętą ripostę od Tobiego. Tak, jakby Deidara sam nie potrafił bronić swego! Kpina!

XIII "Sweet Innocence" - rozdział 1 "Dawni towarzysze"

Od dnia śmierci Sasoriego, zawsze pogodny Deidara zmienił się nie do poznania. Na ogół głośny, wesoły, radosny, denerwujący każdego, kto znalazł się obok niego, teraz był kimś zupełnie innym. Nie rozmawiał z innymi, nie wrzeszczał, nie kłócił się z każdą napotkaną osobą. Zamiast tego całe dnie przesiadywał w swoim pokoju lepiąc w glinie lub przypatrując się małej figurce, którą dotąd miał przy sobie nieustannie od momentu jej otrzymania. Mała, idealnie odwzorowana jego własna miniaturka, będąca zarazem symbolem miłości, jaką lalkarz go darzył.
Niestety wkrótce jego życie miało się diametralnie zmienić. Brak partnera nie pozwalał na uczestnictwo w misjach, co szkodziło całej Organizacji. Należało temu położyć kres. Tobi, uważany za najbardziej niezdarnego i nieporadnego ninja w całym Akatsuki stał się w jednej chwili jego partnerem oraz udręką, jaką i on był onegdaj dla Mistrza Marionetek. Z każdą minutą, godziną, z każdym dniem blondyn coraz lepiej przekonywał się, co takiego czuł Skorpion, przebywając z tak rozwrzeszczanym gówniarzem, jakim był Deidara.
Teraz role się odwróciły – to blondyn był mistrzem, wyniosłym i rozsądnym osobnikiem, który miał użerać się z głośnym, młodszym od siebie dzieciakiem, który niczego i nikogo nie traktuje poważnie. Można by rzec: ironia losu. Cóż, podobno każdego z nas kiedyś, prędzej lub później dopadnie karma, na którą sobie zasłużyliśmy. Blondyn był pewien, iż jego karmą jest właśnie ten irytujący go brunet, wiecznie za nim łażący i oznajmiający wszem i wobec, że jest dobrym chłopcem.
Po dwóch tygodniach siedzenia razem i znoszenia siebie wzajemnie, wreszcie otrzymali pierwszą wspólną misję. Lider ze spokojem opowiedział im szczegółowo dokąd mają się udać i co zrobić.
Mieli wyruszyć do jednej z wiosek i od ich szpiega przejąć pewien zwój, następnie wrócić do siedziby i oddać przedmiot swemu szefowi. Niby prosta i bezstresowa misja, gdyby nie jeden szkopuł: mieli udać się do Iwa Gakure. Deidara doskonale wiedział, co to oznacza – przed laty opuścił osadę, odchodząc wraz z Akatsuki i stając się zarazem jej wrogiem. Powrót w tamte rejony oznaczał spore kłopoty, zwłaszcza że ANBU nadal go ścigają. Był ciekaw ich reakcji, gdy go zobaczą, a szczególnie jednego z ich członków.
Udali się tam następnego dnia. Szli wspólnie drogą, choć niższy miał przemożną chęć wskoczyć na jedno ze swych dzieł i wznieść się w przestworza, by nie słyszeć natrętnego gadulstwa towarzysza. Nie potrafił pojąć w jaki sposób ten gówniarz może tyle gadać i nie tracić przy tym tchu. Co jakiś czas popędzał bruneta, by ten szybciej przebierał nogami. Miał go dość już po pierwszej godzinie. Jedyne, czego pragnął to jak najprędzej wykonać zadanie i powrócić do siedziby, gdzie spocznie w swoim pokoju, z dala od tego marudy, wciąż krzyczącego „Senpai, wolniej! Tobi’ego bolą nogi, ale Tobi jest dobry chłopiec!”.
Chociaż początkowo to tolerował, później znosił, a ostatecznie starał się trzymać nerwy na wodzy, koniec końców – nie udało się. Nawet usilne wsłuchiwanie się w szum wiatru w koronach drzew, czy strumyku, kiedy obok jakiegoś szli nic nie dawał. Nie mógł znieść tego ciągłego paplania. Ostatecznie ryknął gardłowo na bruneta, by ten się zamknął i szedł spokojnie, grożąc, iż w przeciwnym wypadku zwiąże go gliną, a potem wysadzi. Dopiero to uspokoiło dobrego chłopca, ale tylko do końca owego dnia.
Artysta starał się być wyniosły, jak jego mistrz niegdyś. Dopiero teraz doceniał, jak wiele cierpliwości miał do niego Sasori.
Następnego ranka, zaraz po śniadaniu postanowił przyspieszyć podróż. Ulepił z gliny dwie sowy, a z pomocą pieczęci powiększył ich rozmiary. Nakazał Tobi’emu wsiąść na jedną, a sam wskoczył na drugie stworzenie. Brunet protestował, twierdząc, że znając blondyna, kiedy tylko to uczyni, sowa momentalnie wybuchnie. Dopiero po pięciominutowych zapewnieniach, wciąż niechętnie, lecz jednak, wskoczył na stwora i wspólnie wznieśli się ku niebiosom.
Należało przyznać, że ptaki poruszały się wyjątkowo sprawnie, zdecydowanie szybciej od nich samych, gdyby mieli iść pieszo. W taki sposób będą w Iwa najdalej za dwa - trzy dni.
Podróż mijała im szybko i spokojnie. Obaj wylegiwali się na glinianych figurach, poruszających się samoistnie, lecz zgodnie z zaleceniami swego stwórcy. Oni natomiast albo spali, albo rozmawiali raz na jakiś czas, do czego blondyn podchodził niechętnie, aczkolwiek z braku lepszych zajęć zdarzało się, iż sam rozpoczynał konwersację.
W wiosce byli po czterech dniach od wyruszenia z bazy. Weszli dopiero nocą, kiedy były zamknięte bramy. Przelecieli nad murami na ptakach i wylądowali na jednym z budynków. Zadziwiające było to, że Tobi wreszcie zaczął zachowywać się choć trochę poważniej, co ucieszyło jego partnera. Nie chcieli przecież zwracać na siebieuwagi większej, niż to niezbędne.
Po odczytaniu dokładnego miejsca, w którym powinni się spotkać ze szpiegiem, ruszyli uliczkami do jednej z karczm, gdzie postanowili odpocząć i najeść się do syta. Blondyn aż za dobrze znał miejsce, w którym się zatrzymali. Był tam tylko raz w życiu, jako dzieciak, kiedy to wraz z przyjaciółmi postanowili sprawdzić, jak jest w środku. Do dziś pamiętał, jaki opieprz dostali od swoich rodziców za tamten wybryk. Jednak teraz było to jedyne miejsce, w którym mogli bezpiecznie odsapnąć. Tu także mieli odebrać zwój.
Gdy pozostawili rzeczy w wynajętym pokoju, zeszli na dół, by zjeść późną kolację. Tłumów tutaj nie było. Przy jednym stoliku siedziało dwóch mężczyzn, przy innym jakiś pijaczyna, gdzie indziej czterech mężczyzn z jakąś kobietą, gaworzący wesoło w swym towarzystwie, a w kącie trzy zakapturzone osoby, odzywające się jedynie do siebie i to szeptem. Usiedli stolik od nich, wcześniej zamawiając sobie jedzenie.
Jedli spokojnie, rozmawiając o powrocie, jaki ich czeka. Nigdzie im się już nie spieszyło. Jutro odbiorą zwój i wrócą spokojnie do kryjówki, gdzie odpoczną.
- Senpai – szepnął nagle brunet , obserwując postać za plecami blondyna.
Jeden z owej rosłej pary mężczyzn, jacy siedzieli blisko schodów, bawiąc się nożami, podeszło z ignoranckim uśmiechem do trójki w kapturach. Walnął ręką w blat stołu, przenosząc nań cały swój ciężar ciała i spoglądając na siedzące przy nim osoby. Te zwróciły swe głowy na nieproszonego gościa, oczekując.
- Miłe panie – zaczął impertynencko. – To, która z was dotrzyma mi towarzystwa? – Mówiąc to wyszczerzył zęby, oczekując ich reakcji.
Obaj członkowie Brzasku obserwowali to uważnie. Byli nie tyle chętnie do pomocy, co ciekawi, co się stanie.
Postacie spojrzały po sobie, a chwilę później jedna z nich gwałtownie wstała, obracając się w stronę mężczyzny. Spod płaszcza wyciągnęła broń i jednym ruchem pchnęła ją w bebechy osiłka. Ten momentalnie zachłysnął się krwią. Jego towarzysz poderwał się na równe nogi, już chcąc zmierzać w ich stronę, lecz kolejna z zakapturzonych postaci wykonała gwałtowny ruch, rzucając w niego kunaiem. Prosto pomiędzy oczy. Obaj mężczyźni padli jak długi.
Katana została wyszarpnięta z ciała jednego z nich i dokładnie oczyszczona z krwi. Zabłysła jeszcze na chwilę, nim została schowana.
- Karasu – rzekła ta z postaci, która nie ruszyła się wcale. – I ty i Kasai powinniście zacząć panować nad sobą – stwierdziła oschle.
Po tych słowach ostatnia z postaci powstała i zgodnie opuściły budynek. Blondyn odprowadzał je wzrokiem.Od razu rozpoznał zarówno katanę jak i usłyszane pseudonimy. O pomyłce nie mogło być mowy. Uśmiechnął się sam do siebie, a jego partner spytał cicho.
- Kto to był, senpai?
- Przeszłość, Tobi…

Reszta misji minęła szybko. Nazajutrz odebrali przesyłkę, po czym ruszyli w drogę powrotną. Jak można się było spodziewać – brunet powrócił do swego gadulstwa. Wciąż i wciąż robił, w zdaniu blondyna, wszystko by zirytować i zrazić do siebie partnera.
Ostatnie trzy dni misji były dla Deidary katorgą. Niemal na każdym przystanku Tobi zachowywał się jak skończony głupek, wciąż się do niego tuląc, wrzeszcząc, że jest dobrym chłopcem i że kocha swego senpai. By upokorzyć artystę jeszcze bardziej, to ostatnie wywrzaskiwał w pełnych po brzegi karczmach, rzucając się na niego i obściskując radośnie, ku jawnej niechęci tego drugiego.
Sam nie wiedział, jak to wszystko przetrzymał, nie zabijając przy tym dobrego chłopca.
Kiedy wkraczali do kryjówki, niższy z partnerów wyłączył się całkowicie. Myślami błądził jedynie za swym wygodnym łóżkiem, w które tak bardzo pragnął się wtulić. Wskoczyć pod pierzynę, wtulić twarz w mięciutką poduszkę, zakopać się w pościeli i spać, jak tylko długo do radę.
Już w progu uderzył ich ostry zapach spalenizny. Zmarszczyli nosy i zakryli twarze rękawami, nie chcąc wdychać smrodu i nieprzyjemnego dymu. Szli szybko, kierując się do pokoju swego szefa. Korytarz ciągnął się niemiłosiernie, a oni kroczyli wciąż i wciąż.
Czarne drzwi, do których dotarli po krótkiej chwili otworzyły się wolno, pod naporem ich dłoni.  Przekroczyli próg i spojrzeli na siedzącego przed biurkiem lidera. Mężczyzna uśmiechnął się przebiegle, widząc przybyszów. Skinieniem dłoni nakazał im zasiąść w krzesłach po drugiej stronie biurka. Chwilę trwali w milczeniu.
- Zatem jak minęła misja? – Spytał w końcu rudzielec, uśmiechając się kpiąco.